Pojedynek kandydatek na szefową rządu w naturalny sposób przywołał wspomnienia sprzed ośmiu lat. Wtedy starli się prawdziwi liderzy, Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim, notabene z udziałem tworzących publiczność partyjnych młodzieżówek, które bardzo w studiu przeszkadzały. Wczoraj rywalki miały warunki krystaliczne, ale naprawdę trudno było uniknąć wrażenia, że obie są tylko partyjnymi opakowaniami zastępczymi. Nie mają przecież za sobą żadnego zwycięstwa, zostały namaszczone jednoosobowo przez pryncypałów wymienionych kilka wierszy wyżej. PO dyskretnie pomija okoliczność, że Ewa Kopacz nie jest żadną przewodniczącą (wybory odbywają się w powszechnym głosowaniu członków partii), lecz wice, kierującą od roku prowizorycznie z braku wybranego szefa. Natomiast Beata Szydło wiceprezesem PiS i kandydatem na premiera jest z łaski wszechmocnego prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Tak się porobiło, że jedna z rywalek zostanie desygnowana na stanowisko premiera. Beata Szydło była szefem kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy, Ewa Kopacz rozmawia z głową państwa wyłącznie za pośrednictwem mediów. Pytanie czysto retoryczne: którą z nich prezydent delegowany przez PiS wkrótce po wyborach desygnuje na prezesa Rady Ministrów.