Grad: Nie jestem kamikadze

Tomasz Siemieniec, Agnieszka Berger
opublikowano: 18-12-2010, 10:29

Enea, chemia i 100-150 małych prywatyzacji – co najmniej tyle jeszcze chce przeprowadzić Aleksander Grad, szef MSP, zanim definitywnie odejdzie ze stanowiska

"PB": Absolutnie nie chcemy wypraszać pana z tego gabinetu, ale do końca kadencji już bliżej niż dalej i można pokusić się o podsumowanie. Zacznijmy od tego, co się udało. Wśród ekspertów trwa spór: czy prywatyzacją roku była giełda, czy PZU?

Aleksander Grad: Zależy, w jakiej kategorii. Jeśli weźmiemy pod uwagę ważność tej oferty publicznej dla naszego rynku kapitałowego, postrzeganie Polski na świecie, okazję wypromowania naszej gospodarki, to niewątpliwie giełda. Wszędzie podkreślano, i słusznie, że to zwieńczenie 20 lat transformacji, podczas których Warszawa powoli wyrastała na lidera rynków kapitałowych w regionie. Z kolei oferta PZU przyniosła wielkie wpływy, a przede wszystkim była kropką nad "i" w rozwiązaniu wieloletniego sporu z Eureko. Był to również test na sprawność funkcjonowania ministerstwa skarbu, doradców i samej spółki. Nikt, w tym również Eureko, nie spodziewał się, że w tak krótkim czasie jesteśmy w stanie przeprowadzić IPO.

Czy ten sukces był punktem zwrotnym, jeśli chodzi o pana pozycję w rządzie? Wiadomo, że zawsze minister skarbu jest takim kamikadze, pod którego adresem jest mnóstwo pretensji i zarzutów. Wcześniej wydawało się, że pana pozycja nie jest tak silna, że ma pan katar…

Nie analizuję swoich działań pod kątem budowania własnej pozycji. To zazwyczaj droga donikąd. Ciągłą obecnością w mediach, nieustannym podkreślaniem, co się zrobiło, najłatwiej jest wypromować wizerunek fałszywy, w którym sukces goni sukces. A naprawdę życie jest takie, że to raczej porażka goni porażkę, a sukces realizuje się dzięki konsekwentnej pracy. I w pewnym momencie osiąga się taką masę krytyczną, kiedy rzeczy zrobione dobrze ważą więcej, niż te, które się nie udały. Minister skarbu, który codziennie poddawałby się ocenie rynku, nie byłby w stanie funkcjonować, bo ze strachu po prostu przestałby podejmować decyzje.

Co w takim razie uważa pan za swoją największą porażkę?

Pewnie myśli pani o stoczniach, ale ja nie określiłbym tak tego projektu w całości. Rozwiązanie problemu polskich stoczni — którym nie można było udzielić pomocy, choć znajdowały się na skraju bankructwa — w taki sposób, że w Gdyni pracują już obecnie wszystkie składniki majątku, a w Szczecinie wkrótce tak będzie — to z pewnością nie była porażka. Jeśli chodzi o wycofanie się inwestorów, którzy byli blisko, ale ostatecznie nie podpisali umowy, cóż… każdy by chciał, żeby było inaczej. Ale jeśli ocenimy projekt stoczniowy nie z perspektywy lata 2008 czy 2009, lecz jesieni 2010 r., a w przyszłości — końca 2011 roku, to jestem przekonany, że ta ocena wypadnie inaczej. I w Gdyni, i w Szczecinie będzie się mówiło przede wszystkim o tym, że nadal są tam miejsca pracy.

Statystycznie połowa projektów prywatyzacyjnych nie dochodzi do skutku. Więc każdą taką prywatyzację, którą trzeba zaczynać kolejny raz od początku, można nazwać niepowodzeniem. Ale taka jest specyfika pracy ministra skarbu, że nie jest w stanie pewnych rzeczy zaprogramować, bo nie zmusi przecież inwestorów, żeby kupili spółkę. Są też granice przyzwoitości, w których muszą mieścić się decyzje prywatyzacyjne. Nie można podejmować decyzji o sprzedaży, kiedy transakcja — z punktu widzenia interesów skarbu państwa — jest nie do przyjęcia.

Czy taką transakcją byłaby sprzedaż Enei Kulczykowi? Bo z jakiegoś powodu nie zdecydował się pan na podpisanie umowy…

Nie, nie. Ja w ogóle jestem zaskoczony, że jest tyle zamieszania dlatego, że ktoś miał wyłączność, a po jej zakończeniu powróciliśmy do równoległych negocjacji. Powrót do rozmów z innymi oferentami jest czymś zupełnie normalnym dla tego trybu prywatyzacji. Takich projektów w historii były dziesiątki, jak chociażby ostatnio Remag czy Gamrat.

Ale za każdym razem było wiadomo, dlaczego. Jeśli na tym etapie negocjacji rezygnuje się z podpisania umowy, to z konkretnego powodu.

Wyłączność traci się, jeśli do momentu jej zakończenia nie wynegocjuje się satysfakcjonujących obie strony warunków.

Panie ministrze, przecież to już nie były żadne negocjacje. Przeglądali państwo tylko dokumenty finansowe Kulczyka.

Ten proces trwa. Będę mógł go skomentować, kiedy się zakończy.

Abstrahując od Enei, czy miałby pan coś przeciwko temu, gdyby w procesie prywatyzacji dużej spółki inwestor, który zaproponował najlepszą cenę, chciał się zadłużyć i zabezpieczyć finansowanie akcjami lub majątkiem tej spółki? Krótko mówiąc, kupić spółkę za pieniądze spółki.

To takie hasło, które funkcjonuje od 20 lat. W rzeczywistości bardzo często się zdarzało, że także aktywa własne spółki stanowiły podstawę finansowania projektu.

Rozumiem, że na ma pan nic przeciwko temu…

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć "tak" lub "nie". Wszystko zależy od tego, czy ten mechanizm stwarza ryzyko utraty kontroli nad procesem przez inwestora. Czy może on pozostać do końca gwarantem zapisów umowy.

Nie przestraszył się pan chyba legendarnych Libijczyków?

Kiedy proces się zakończy, będzie można powiedzieć więcej. Doradców jest wielu, ale to ja podpisuję się pod decyzją. Dlatego przed jej podjęciem staram się uzyskać takie warunki, które będą satysfakcjonujące dla skarbu państwa, a tym samym dają komfort psychiczny, kiedy muszę złożyć swój podpis pod umową.

Mimo odroczenia sprzedaży Enei, jest pan spokojny o wpływy z prywatyzacji?

Mamy podpisane umowy na prawie 27 mld zł.

Razem z Energą, ale decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uważa pan pewnie za formalność…

Jeśli przyjrzeć się przepisom, to właściwie powinno tak być. W jakimś celu ustawodawca zapisał, że kiedy decyzja o koncentracji wynika z rozstrzygnięć nadrzędnych, np. z ważnych interesów gospodarczych kraju, ze strategii rządowej — urząd może uznać, że taka koncentracja naruszy w pewnym zakresie konkurencyjność, ale powinien wydać zgodę. W przeciwnym razie, na czym miałaby polegać zgoda nadzwyczajna? Na jednoznaczną intencję ustawodawcy wskazują wszystkie opinie prawników. Ale proces się toczy, zobaczymy.

Czy naprawdę podjął pan decyzję o nieobejmowaniu stanowiska ministra skarbu na drugą kadencję?

Dla zdrowia psychicznego i fizycznego nie można pełnić tej funkcji dwa razy z rzędu. I tak jestem zaskoczony, że jestem tutaj już trzy lata, nie unikając podejmowania decyzji. Nie ma drugiego ministerstwa, które byłoby tak rozliczane. Urzędujący minister skarbu działa w imieniu państwa i trzeba założyć, że podejmuje decyzje w dobrej wierze. Kiedy przestaje być ministrem, jest sam jak palec, a to samo państwo potrafi go ścigać za podjęte decyzje jeszcze przez kilka czy nawet kilkanaście lat. Rozumiem, że zdarzają się przypadki zasługujące na karę. Jeśli są dowody, powinien zapadać wyrok. To by było sprawiedliwie. Ale nie ma nic gorszego, niż trwające latami postępowanie, po którym wyroku nie ma albo dochodzi do uniewinnienia. Natomiast za brak decyzji jeszcze żaden minister skarbu nie został ukarany. To dlatego na początku mojej kadencji miałem do sprywatyzowania tysiąc firm, te wszystkie "musztardy" i "zapałki" …

Obawa przed odpowiedzialnością to z pewnością niejedyny powód.

Oczywiście, były jeszcze skomplikowane procedury i biurokratyczna struktura…

…interesy, posady, rady nadzorcze. Ile spółek ubyło za pańskiego urzędowania?

Ponad 400 projektów zostało zamkniętych. Ile ich w sumie prowadziliśmy, nie wiem, bo niektóre w ciągu 3 lat uruchamiamy już czwarty raz. A najtrudniejsze są drobne transakcje, resztówki warte milion zł. Ich zamknięcie zabiera często więcej czasu niż IPO dużej spółki.

Czy za większy sukces uważa pan skreślenie z ministerialnej listy kilkuset małych spółek, czy też kilka dużych spektakularnych projektów, które udało się panu zrealizować?

Biorąc pod uwagę wydźwięk medialny i polityczny, duże projekty są zdecydowanie ważniejsze.

A z pana punktu widzenia?

Zdecydowanie mniejsze spółki. One były zapomniane, zakurzone. Leżały w szufladzie od 20 lat.

Ile projektów uda się jeszcze zamknąć przed końcem pańskiej kadencji?

Otwartych jest około 350. Zazwyczaj udaje się połowa, ale zostają nam coraz trudniejsze przypadki. Biorąc to pod uwagę, można założyć, że zdążymy zamknąć jeszcze 100-150 projektów.

Ma pan dobre notowania na rynku. Bilans tych trzech lat jest dodatni. Ale złośliwi mówią, że to żadna sztuka sprzedać GPW, PZU czy PGE, bo to silne i unikatowe spółki. Sztuką byłoby sprzedać chemię, do której podchodzi pan nie pierwszy raz. Pańscy poprzednicy też zaliczyli kilka podejść. To byłby prawdziwy test, bo dotychczas — za każdym razem z innych powodów — nikomu się nie udawało…

…bo najlepszy czas na prywatyzację chemii dawno minął. Nie wiem, czy bezpowrotnie, ale to było ponad 10 lat temu. Coraz trudniej znaleźć inwestorów branżowych, bo światowa chemia od 2008 r. do dzisiaj nie wyszła z kryzysu.

Czy to znaczy, że jesteśmy skazani na scenariusz "wiódł ślepy kulawego", czyli spółka pracownicza — nie wiadomo do końca, za co — kupi Puławy, a potem Puławy przejmą Police?

Niebawem podejmiemy decyzję, co dalej z chemią. Ale warto zwrócić uwagę na takie projekty, jak Kędzierzyn czy Tarnów. Nie chcieliśmy prowadzić konsolidacji pod ministerialną egidą. Namawialiśmy inwestorów, żeby kupili akcje i sami przeprowadzili ten proces. Inwestorzy albo nie byli zainteresowani, albo proponowali warunki nie do przyjęcia. I jak się skończyło? Sprzedawaliśmy Tarnów po 19,5 zł. W najgorszym momencie cena spadła nawet do 6 zł. A ile wynosi obecnie? 24 zł. Jeszcze nigdy nie było tak dobrze. Tarnów zrobił bardzo prostą rzecz. Objął podwyższenie kapitału w Kędzierzynie i nagle rynek uznał, że to jest właśnie to, co powinno zostać zrobione. Podejmujemy działania, które — naszym zdaniem — powinny być zrealizowane kilka lat temu, gdyby wówczas znalazł się inwestor. Staramy się budować wartość spółek.

Czy nie obawia się pan powtórki ze stoczni? Wiele lat temu ludzie z otoczenia Leszka Balcerowicza, którzy obecnie są znanymi menedżerami i mają na koncie liczne sukcesy, mówili, że biznes stoczniowy trzeba zamknąć, bo nie spina się finansowo, i wybudować tam np. piękne osiedla. Czas zweryfikował te opinie pozytywnie. Może w przypadku chemii też lepsza byłaby szybka męska decyzja?

Ale ja naprawdę uważam, że to są dobre biznesy. I mam nadzieję, że sfinalizujemy ten projekt w 2011 r. i nie będziemy musieli zostawiać go następcom. Problem w tym, że jeśli teraz zdecydowalibyśmy się na akcjonariat rozproszony i sprzedali Puławy poprzez giełdę, a za pół roku pojawiłby się inwestor i ogłosił wezwanie, podniosłoby się larum. Te firmy powinny mieć właściciela, który istnieje w branży. Po to, żeby w przyszłości nie musiały tam powstawać osiedla.

Za pańskiej kadencji wyraźnie ostygły antyprywatyzacyjne nastroje. Bardzo rzadko słyszy się o dzikiej prywatyzacji i niekontrolowanej wyprzedaży sreber rodowych. Coś się zmieniło?

Myślę, że po 20 latach prawie wszyscy dostrzegli, że choć przy przekształceniach własnościowych zdarzały się błędy — bez nich nasza gospodarka byłaby kulawa.

Co ma pan w planach, kiedy nie będzie pan już ministrem skarbu? Pozostanie pan w polityce, czy chciałby pan zostać menedżerem w dużej korporacji, którym — jak sam pan powiedział — czuje się pan także w ministerialnym gabinecie?

Jeszcze nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Jedno wiem na pewno: nie chcę być ministrem skarbu w kolejnej kadencji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane