Jak Rzemieślniczy Zakład Krawiecki zmienił się w Hexeline? Co zdecydowało, że sukces stał się udziałem akurat Haliny i Tadeusza Zawadzkich?
Od 5 lat Hexeline ma sklepy firmowe w Pradze i — od niedawna — w Petersburgu. Otwarcie salonu za granicą to koszt średnio o 30–40 procent wyższy niż w Polsce. Ale w Rosji jest pokaźna grupa klientów, którzy bez mrugnięcia okiem wyłożą 7 tys. rubli na marynarkę lub żakiet.
Materiały, z których Hexeline szyje ubrania, przyjeżdżają zazwyczaj z Włoch, pozostałe — z Francji. To najlepszej jakości bawełny, stuprocentowe wełny, dżerseje, len... Charakterystyczne dla stylu Hexeline są kobiecość i lekkość. Co tydzień w sklepach pojawiają się nowości. W tegorocznej, letniej kolekcji dominują róże i biele, ale jest i czerwień, no i połączenie czerni z bielą. Moda inspirowana latami 80.
Halina Zawadzka, współwłaścicielka Hexeline, skończyła już szycie kolekcji zimowej i pracuje nad przyszłorocznym latem. By projektować zgodnie z najnowszymi tendencjami, jeździ na targi do Paryża, Mediolanu, Nowego Jorku. Ale to tylko inspiracje, bo pomysły rodzą się w Polsce. Trzeba mieć też wyczucie, co z nowości nie przypadnie klientkom do gustu.
Niech cię widzą
— Zasada jest prosta: salon musi być duży i w odpowiednim miejscu, najlepiej w luksusowych centrach handlowych — mówi Mariola Jędrzejewska, kierowniczka sklepu Hexeline z Atrium Center w Warszawie.
Klientki mogą liczyć, że w Hexeline skompletują całą garderobę — aż po buty i pasek do spodni. Ktoś doradzi, jaką wybrać kolorystykę i fason. Można wybierać spośród eleganckich, klasycznych ubrań do biura, strojów weekendowo-sportowych, koktajlowych, sukni wieczorowych i kreacji na wielkie bale.
W przymierzalni — Edyta Geppert. Właśnie wybiera garnitur. Hexeline ubiera też m.in. Agatę Młynarską, Justynę Steczkowską, Katarzynę Dowbor, Elżbietę Penderecką.
— Na zamówienie szyliśmy suknię dla Grażyny Torbickiej, w której wystąpiła na tegorocznym festiwalu Camerimage w Łodzi. Odziejemy także prowadzących następne edycje. Stroje na szczególne okazje zawsze projektuję sama — mówi Halina Zawadzka.
Do produkcji seryjnej Hexeline zatrudnia trzech innych projektantów. Propozycje z metką firmy szczególnym uznaniem cieszą się wśród kobiet biznesu. Tych, które cenią dobrą jakość, no i zarabiają powyżej średniej krajowej. Garnitur Hexeline kosztuje 900 zł, płaszcz skórzany — 11 tys. zł...
Zacząć, by rosnąć
W Hexeline pracuje 150 osób. Siedziba firmy mieści się w Łodzi przy ul. Puszkina. Kiedyś spółka miała swoje szwalnie. Dziś korzysta z usług dużych wykonawców, dawniej państwowych zakładów. Podstawowa działalność Hexeline to sprzedaż i dystrybucja.
A przecież początki były skromne. Po 2 latach pracy w technikum zawodowym Halina (inżynier) i Tadeusz (teoretyk konstrukcji) Zawadzcy, absolwenci łódzkiej Politechniki, założyli Rzemieślniczy Zakład Krawiecki. Na widoku wywiesili niebieską tabliczkę z napisem: „Krawiectwo lekkie i ciężkie”.
Nie umiał nawet przyszyć guzika. Nikt w jego rodzinie nie był krawcem. Ona — specjalistka od projektowania obiektów budowlanych — zawsze efektownie się ubierała. W PRL to, co wisiało na sklepowych wieszakach, było zazwyczaj siermiężne, a ona lubiła wyróżniać się z tłumu. Potrafiła uszyć prawie wszystko.
— Już podczas studiów w spodnie ubierała mnie Halina — wspomina Tadeusz Zawadzki, wraz z żoną właściciel Hexeline.
Pierwsze, co uszyła, to damskie spodnie. Te dla przyszłego męża skroiła trochę później.
— Do tej pory żona pyta, czy projekty mi się podobają. Kiedy mówię: nie, mocno się zastanawia, czy to uszyć — ujawnia Tadeusz Zawadzki.
Ona zajęła się projektowaniem odzieży i nadzorem nad produkcją, on — finansami firmy. Kiedy składała papiery w urzędzie, usłyszała: „To nie wystarcza, że pani umie szyć. Trzeba mieć kurs czeladniczy, a najlepiej — mistrzowski”.
Egzaminy zdawała przed Izbą Rzemieślniczą. Została czeladnikiem w krawiectwie lekkim: bluzki, spodnie; mistrzem — w krawiectwie ciężkim: wszelkie okrycia wierzchnie, żakiety.
Zakład otworzyli 2 miesiące przed stanem wojennym. Byli już wtedy małżeństwem, ich syn Jakub — dziś student fizyki — miał dwa lata. W 1983 roku urodziła się Kasia. Żyli w pośpiechu: dom, rozwijająca się firma...
Podbić nowe terytoria
Na początku — takie przepisy — pozwolono im zatrudniać tylko dwie osoby, potem 5, potem — 12, wreszcie — 15.
— Za rządów Rakowskiego prawo się zmieniło i mogliśmy wziąć tylu pracowników, ilu chcieliśmy. Ale dobre szwaczki to był problem — mimo że Łódzkie było włókienniczym centrum Polski. Mogliśmy przebierać dopiero wówczas, gdy rozpadły się państwowe zakłady. Początkowo szyliśmy tylko bluzki — ze 40 sztuk dziennie, bo ile mogły przerobić dwie szwaczki? Ubiory powstawały głównie z dzianiny — łatwo dostępnego surowca, produkowanego przez rzemieślników. W latach 80. pojawiły się w hurtowniach tkaniny importowane — przypomina dawne czasy Halina Zawadzka.
Po ośmiu latach, gdy w Polsce nastał plan Balcerowicza i gospodarka rynkowa, właściciele zmienili nazwę z Rzemieślniczego Zakładu Krawieckiego na Hexeline. Od niemieckiego słowa hexe: „czarownica”. „Zagranicznie brzmiąca nazwa to połowa sukcesu” — myślała wówczas Halina Zawadzka. Nie bez kozery — odzież z polską metką kiepsko się sprzedawała. Po kilku latach działało już 16 salonów Hexeline — m.in. w Warszawie, Toruniu, Bydgoszczy, Wrocławiu, Poznaniu, Białymstoku, Rzeszowie, Łodzi, Szczecinie, Katowicach i Trójmieście...
Kogo właściciele Hexeline uważają za największych konkurentów na naszym rynku? To Deni Cler i Max Mara, a także Grupa Catherina, Molton i Simple. Ale na razie są powody do optymizmu. Obroty, w stosunku do zeszłego roku, wzrosły o 15 procent.
Teraz na Hexeline czeka nowe wyzwanie: firma chce podbić rynek unijny. Atuty? Wysoka jakość i stosunkowo — jak na tamtejsze realia — niskie ceny. Cierpliwość i konsekwencja. No i patronka z nazwy — wiedźma, czarownica. Jak widać — świetnie broni przed pechem.
