Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, jakie nastroje panują na amerykańskich parkietach to powinien się ich pozbyć. Wczoraj rynki mogły się skorygować i nikt nie byłby zdziwiony. Inwestorzy byli rozczarowani prognozami Texas Instruments, a poza tym od rana drożała ropa, ponieważ transport tego surowca z Kirkuku w Iraku zostanie na kilka tygodni wstrzymany, a w Nigerii związki zawodowe grożą strajkiem. Tyle, że potem wzięły górę obawy o to, że dzisiejsze dane pokażą wzrost zapasów ropy i cena gwałtownie spadła. Nie to było jednak najważniejsze.
Alan Greenspan w Londynie powiedział, że wydaje się, iż będzie można stopniowo podnosić stopy procentowe, ale jeśli inflacja będzie rosła to możliwe są również bardziej agresywne posunięcia. Ta wypowiedź został odebrana jako próba przygotowania inwestorów na to, że stopy mogą być w czerwcu podniesione o 50 pkt. bazowych. Gdyby rynek był w „niedźwiedzich” nastrojach to ceny akcji spadłyby gwałtownie, rentowność mocno by wzrosła, a dolar znacznie by się wzmocnił. Tymczasem ceny akcji zmieniły się nieznacznie się, rentowność pozostała bez zmian, a dolar po wystąpieniu szefa Fed rzeczywiście się wzmocnił, ale zmienił się jedynie nieznacznie w stosunku do poniedziałku. Czy może być lepszy dowód na to, że rynek ma już w cenach podwyżkę stóp? To prawda, że wolumen był ciągle mały, ale nie pojawiła się podaż, a to było w tej sytuacji najważniejsze.
Przed nami czwartkowe święto w Polsce i piątkowy brak handlu w USA, a to powinno ograniczać aktywność inwestorów. Dzisiejsze dane makro nie będą miały znaczenia dla rynków akcji. Może jedynie w raporcie o zapasach w hurtowniach wielkość sprzedaży trochę wpłynie na nastroje. Za to jutro może być ciekawie. Po pierwsze Bank Anglii może znowu podnieść poziom stóp procentowych. Co prawda to powinno być już zawarte w cenach, ale przypomni Amerykanom o zbliżającym się posiedzenie Fed i może lekko popsuć nastroje. Poza tym dowiemy się jak wyglądały ceny w handlu zagranicznym. Szczególnie istotne będzie to, jakie były ceny importu, bo one mocno wpływają na inflację. Mieliśmy w piątek dowiedzieć się, jaka była inflacja w cenach producenta (PPI), ale ponieważ giełdy nie pracują to te dane dostaniemy we czwartek. Najbardziej istotne może być jednak wystąpienie szefa Fed, Alana Greenspana, który, przed nominacją na piątą kadencję, zeznaje na forum senackiej komisji. Wszyscy wiemy, że czasem reakcje na słowa Greenspana są nieobliczalne. Tyle tylko, że nic mocniejszego niż wczoraj nie powie, więc wydaje się, że dużego zagrożenia nie ma.
Co w tej sytuacji zrobi nasz rynek? Powinien się stabilizować, ale są sygnały, że w Warszawie pojawił się kapitał zagraniczny, a on jest nieobliczalny. Warto zauważyć, że poniedziałkowy przetarg na bony 10. letnie zakończył się bardzo dobrze, a złoty bardzo się wzmocnił i to zarówno do euro jak i dolara. To może sygnalizować, że kapitał zagraniczny lekceważy nasze problemy polityczne. Oczywiście jeden przetarg to za mało, ale złoty wyraźnie wszedł w nowy trend. Jeśli zagranica uwierzy w to, że złotówka będzie się wzmacniała i w to, że na giełdach światowych zapanuje letnia hossa to nie ma możliwości, żeby i nasz rynek na tym nie zyskał. Wtedy zagranica zarobiłaby dwa razy: na kursach akcji i na wzmacniającym się złotym. Jestem jednak w kłopocie, jeśli chodzi o to, co napisać na temat dzisiejszej sesji.
Nasz rynek
zachowuje się ostatnio (szczególnie w ostatni piątek) tak dziwnie, że każdy ruch jest możliwy. Jeśli pojawiła się zagranica i już skupiła wystarczającą ilość akcji to ruszy dzisiaj do góry i bez problemów przełamie opór zmieniając diametralnie obraz rynku. Jeśli nie mają tylu akcji ile chcą mieć lub czekają (na przykład na wynik wyborów do PE) to nic się nie będzie działo. Najbardziej logiczne byłoby przyjęcie postawy wyczekującej i zarówno dzisiaj jak i w piątek małoobrotowe sesje.