W wywiadzie dla CNBC rynkowy guru, zwany kiedyś „królem obligacji” powiedział, że wolałby obligacje śmieciowe z rentownością rzędu 6 do 8 proc. niż akcje, gdzie zysk oscyluje na poziomie około 2 proc.

To jest idealny czas w kategoriach dyskonta za brak płynności na tak zwane fundusze zamknięte – ocenia Gross, dodając, że łapanie tego typu okazji to jak bycie pelikanem, który musi ostro zanurkować by schwytać smakowitą rybę.
Stanowisko Grossa stoi nieco w opozycji do większości ekonomistów i analityków. Eksperci podkreślają, że inwestorzy są zdenerwowani i w ostatnich dniach starają się za wszelką cenę pozbyć niechcianych, ryzykowanych papierów. Wyprzedaż miała miejsce podczas ostatnich trzech sesji (zgłaszano trudności ze sprzedażą obligacji o niższych ratingach), zaś firmy zarządzające aktywami zostały mocno poturbowane zarówno spadkiem cen, jak i skalą sprzedaży. Oceniają one, że są poważne oznaki iż największe od lat zawirowanie na rynkach finansowych ulega wzmocnieniu.
Podczas gdy zwykle akcje i obligacje o wysokiej rentowności podążają w tym samym kierunku, w poniedziałek doszło do rozdźwięku. Notowania akcji wzrosły, zaś największego śmieciowego funduszu ETF pod względem aktywów straciły 0,9 proc. Dług spółek energetycznych tracił mocniej od szerokiego rynku, zaś ceny obligacji takich firm jak przykładowo Chesapeake Energy spadły znacząco.
Kilku przedstawicieli kadry kierowniczej z Wall Street stwierdziło, że będzie patrzeć na sytuację pod kątem oznak rozprzestrzeniania się zawirowania obligacji wysokiego ryzyka na inne fundusze i pozostałe rynki.
Tymczasem przed kilkoma dniami, Jeffrey Gundlach, jeden z najbardziej znanych zarządzających obligacjami z DoubleLine capital ostrzegał, że rynek papierów śmieciowych znajdzie się pod ogromną presją przed posiedzeniem amerykańskich władz monetarnych. Określił całą sytuacją, rzeźnią.