Według jurystów konstytucjonalistów jest spóźniona o półtora miesiąca, albowiem zgodnie z linią orzeczniczą Trybunału Konstytucyjnego (TK) – oczywiście tego sprzed 2016 r. – w prawie wyborczym obowiązuje półroczna cisza legislacyjna. Co ważne, liczona od dnia startu całej procedury, a nie od samego dnia głosowania. Postanowienie prezydenta o zarządzeniu wyborów zostanie ogłoszone do 14 sierpnia, zatem data graniczna dla nowelizacji kodeksu to 14 lutego, a nie 31 marca. PiS oczywiście broni tezy, że ustalony przez TK półroczny bufor dotyczy zmian „istotnych”, zaś obecne wcale takie nie są. Ocena zależy od punktu siedzenia. Dla gmin wiejskich oraz miejsko-wiejskich od piątku rozpoczyna się ogromna operacja logistyczna, związana m.in. z tworzeniem całkiem nowych, niewielkich obwodów głosowania, organizowaniem sieci wyborczego transportu publicznego, etc.
Wersja kodeksu obowiązująca jesienią zawiera kilka grubych niezgodności z Konstytucją RP. Numer jeden to nieproporcjonalność w przydziale mandatów (mimo dużych zmian demograficznych liczby pozostały zakonserwowane od 12 lat) poszczególnym okręgom do Sejmu. Paradoks polega na tym, że niektóre fatalne błędy kodeksu nie zostały wprowadzone obecną nowelą, lecz są ciężkim grzechem… zaniechania. Istnieją od wielu lat, trafiała się znakomita okazja ich naprawienia, ale została zmarnowana. Głównie przez PiS, ale również przez opozycję, która wobec nowelizacji ustawiła się z definicji w kontrze, bez wchodzenia w jej szczegóły.
Podam przykład błędu nadający się na informację primaaprilisową, ale to najprawdziwsza prawda. Wyjątkowy absurd dotyczy instytucji tzw. ciszy wyborczej w dniu głosowania po godz. 21, gdy cały kraj w napięciu oczekuje na pierwsze, medialne wyniki zebrane na podstawie badań exit poll. W XXI wieku Państwowa Komisja Wyborcza kilka razy – w latach 2006, 2007 oraz 2015 – nakazywała wstrzymanie ich ogłaszania z powodu losowego przedłużenia się o godzinę czy półtorej głosowania choćby w… jednym małym obwodzie. Przepis o ciszy jest w Polsce rygorystycznie przestrzegany pod groźbą odpowiedzialności karnej. Tym bardziej szokuje, że od początku III RP w obwodach tworzonych w państwach strefy czasowej UTC – czyli m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Portugalii, Islandii, Maroku, Senegalu i na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich – wszyscy Polacy głosujący w ostatniej godzinie dokładnie już znają sondażowe rezultaty z Warszawy! W 2019 r. ten szkodliwy delikt konstytucyjny, naruszający tajność wyborów, objął aż 60 obwodów zagranicznych oraz kilka na statkach morskich. Wszystko przez fatalny błąd kodeksu, który ustala głosowanie za granicą tak jak w kraju, czyli w godzinach 7–21, ale czasu miejscowego (półkula zachodnia naturalnie głosuje dzień wcześniej). Dlatego wszystkie komisje w południkowej strefie UTC zamykają lokale w czasie rzeczywistym o godzinę później niż w Polsce. Wystarczyłaby drobna korekta art. 39 par. 6 kodeksu, by głosowanie w tamtym wąskim pasku geograficznym odbywało w miejscowych godzinach 6–20 – wtedy kończyłoby się w tym samym momencie co w kraju.
Dla całościowych wyników ten problem może wyglądać na śmieszny. Rzeczywiście, wpływ głosów garsteczki polskich wyborców w Londynie czy Dublinie, wrzucających w ostatniej godzinie karty do urn już z wiedzą z Warszawy, ma znaczenie nawet nie promilowe. Jednak to samo państwo ułomnością kodeksu gwałci konstytucyjną zasadę tajności wyborów. Pytanie retoryczne zaś brzmi – czemu PKW urządza, w zestawieniu z deliktem w aż 60 obwodach zagranicznych, cały ten cyrk z opóźnianiem wyników sondażowych w razie przedłużenia się głosowania w choćby jednym obwodzie krajowym…

