Na ryby.../A można i na grzyby (...)/Na grzyby — tu borowik, a tam dzik (...) O grzybiarskiej, czyli pieczarkowej, potędze Polski słychać co jakiś czas, nierzadko w kontekście spychania z rynku zachodnich producentów oraz kolejnych rekordów. Jednak także w grzybach leśnych mamy sporo do powiedzenia.

Szacunki dotyczące potencjalnej rocznej podaży mówią o około 20 tys. ton jadalnych grzybów leśnych. Dla porównania: pieczarek produkujemy około 300 tys. ton. 2017 r. dla leśnej części branży jest jednak — jak przekonują kolejny dzień redakcyjni koledzy — pod względem zbiorów „wybitny”. Podzielają to profesjonaliści.
— Widać tak duży wysyp, jakiego nie było od lat. Tak naprawdę nikt do końca nie wie, czym to jest spowodowane. Nieraz bywało ciepło i wilgotno, ale grzybów nie było. Teraz rosną wszędzie i wszystkie — borowiki, koźlarze, podgrzybki — mówi Robert Skórczewski z Fungopolu, który działa w okolicach Borów Tucholskich.
— Aż tak dobrze w całym kraju nie jest. Na północy i zachodzie brakuje niektórych rodzajów grzybów, wszyscy ciągną do nas na południe. Sezon nagle ostro ruszył po słabszym początku, i to na skalę, jakiej dawno nie widzieliśmy. Inna sprawa, że oprócz wysypu grzybów jest też wysyp tzw. miastowych, którzy zbierają je na własne potrzeby, więc do punktów skupu trafia mniej surowca — twierdzi Wiesław Guzik z małopolskiej firmy Skup i Sprzedaż Grzybów Suszonych. Robert Skórczewski na podaż nie narzeka, ale na jej jakość już tak.
— Grzybów jest dużo, więc są tanie, ale też brzydkie — mokre i zaczerwione, więc z wielkiego wysypu tylko część nadaje się do przerobienia. Jednocześnie musimy zrobić zapasy na kolejny rok — mówi współwłaściciel Fungopolu. Przyznaje też, że gorzej jest z jakością zbieractwa.
— Zbieraczy grzybów nie brakuje, ale ich wiedza o tym, jak powinien wyglądać zbiór, jest coraz mniejsza. Nie szanują zebranego grzyba, przynoszą źle popakowanego w plastikowe reklamówki, przez co jest zniszczony — dodaje Robert Skórczewski. Mimo to, jego zdaniem, rynek ciekawie się rozwija. Rośnie zapotrzebowanie na produkty z większą wartością dodaną, więc przetwórcy nie próżnują.
— Konsumenci coraz mocniej przyzwyczajają się do dań typu convenience, więc musimy nadążać za tym trendem. To musi być słoik z grzybami, które wystarczy przełożyć do naczynia i szybko podgrzać, żeby zjeść, albo nawet nie podgrzewać, ale skonsumować w formie sałatki — twierdzi współwłaściciel Fungopolu. Wiesław Guzik mówi także o powoli rosnącym zainteresowaniu grzybami suszonymi.
— W kraju jest ono stabilne, ale kolejne fale emigrujących Polaków, m.in. do Wielkiej Brytanii, propagują ich używanie w kuchni wśród innych nacji — twierdzi Wiesław Guzik. Robert Skórczewski podkreśla, że zachód rzeczywiście zgłasza większe zapotrzebowanie na grzyby w różnej formie, ale na ten kierunek ostro postawili także nasi wschodni konkurenci.
— Ukraińcy, Białorusini, Litwini czy Bułgarzy nie byli wcześniej aż tak aktywni. Mówimy o grzybach suszonych, mrożonych i kiszonych, które wysyłają na coraz większą skalę — dodaje współwłaściciel Fungopolu.
