Harówka na Harvardzie

Ewa Bęczkowska
opublikowano: 2003-03-21 00:00

Studia MBA na Harvardzie wymagają dobrej kondycji fizycznej. Harówka. Po 20 godzin dziennie! Trzy, cztery case’y na co dzień po 3-4 godziny plus dyskusje, praca nad tekstem, filmy instruktażowe, które trzeba obejrzeć przed rozpoczęciem zajęć...

Papierek renomowanej uczelni nie zawadzi. Polacy wybierają świadomie i właściwie bez ograniczeń. Kolejne studia to atut. Jak zwykle: jednym chodzi o papierek, innym o mnożenie wiedzy. Nie musisz nawet wyjeżdżać, bo przyjadą do ciebie najlepsi wykładowcy.

— Mogłem wybrać MBA na uczelni kanadyjskiej, amerykańskiej lub polskiej, programy zachodniej szkoły na miejscu w kraju — opowiada Richard Mbewe, główny ekonomista Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej.

— Chciałem mieć dyplom, który uzna cały świat. Inwestować z głową... Pieniądze mają się zwrócić i procentować! Nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie. A gdybym za kilka lat był tysiące kilometrów stąd, to co? Chcę być obywatelem świata, a nie tylko kraju — dodaje.

Najlepiej, jeśli współpraca szkoły i renomowanej uczelni nie kończy się tylko na wspólnym wydawaniu dyplomów. Przydałoby się jeszcze wsparcie wykładowców. Idzie o kontakt z ludźmi od lat pracującymi w systemie kapitalistycznym, którzy przenoszą doświadczenia z gospodarki wolnorynkowej.

— Wybrałem polską filię kanadyjskiej uczelni. Ponad połowę przedmiotów prowadzili Kanadyjczycy i Polacy, którzy latami pracowali za granicą. Ale rdzennie polscy wykładowcy?... Nikogo nie potępiam. Mieszkam tu 20 lat, kocham ten kraj. To mój dom. Ale jedno wiem: że Polak zawsze pozostanie Polakiem. Podejście do sprawy pozostaje polskie, a to ma być dyplom międzynarodowy — mówi Richard Mbewe.

Dobrze też, gdyby uczestnikami programu byli studenci z różnych krajów. Bo wymiana poglądów plus doświadczenie — to podstawa tych studiów.

— Najcenniejszy był kontakt ze światowej klasy wykładowcami. A tzw. studia przypadków były najlepsze! Przerabialiśmy konkretne sytuacje istniejących firm. Mieliśmy bezpośredni kontakt z uczestnikami wydarzeń. W biznesie czasami nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Wykładowca przedstawia problem, a zespół ma go rozwiązać. Później omawia się skutki podjętej decyzji. Burza mózgów — tego brakuje w polskich firmach. Podejmując wiążące decyzje, warto pracować zespołowo. A przynajmniej wysłuchać racji kilku stron — ocenia Mbewe. Tego uczą studia dla kadry zarządzającej — na różnym poziome zaawansowania.

MBA to nauka dla tych, którzy chcą zarządzać zespołem. Ale nie dla ekonomistów — bo i co mieliby tam robić? Nikt nie lubi powtarzać raz przerobionego materiału i jeszcze słono za to płacić. Humaniści, inżynierowie, prawnicy, a nawet lekarze, farmaceuci — jak najbardziej!

— Nauczyłem się rachunkowości, marketingu, zarządzania strategicznego i finansami, prognozowania finansowego. Dla kogoś z dyplomem inżyniera matematyka np. jest prosta, łatwa do zastosowania na ludziach. Ja nie miałem o tym pojęcia! Zajęcia z zarządzania zasobami ludzkimi doceni każdy, kto ma aspiracje być menedżerem. Czasami wiesz dużo, ale nie wiesz, jak to wykorzystać. Nauczyłem się kilku takich mechanizmów — kontynuuje Richard Mbewe.

Menedżerem nie zostaje się na papierze. Potrzeba doświadczenia. Tymczasem walka o studentów pozbawiła uczelnie krytycyzmu w przyjmowaniu chętnych na studia MBA.

Jeśli nie przeprowadzisz na własny rachunek rozpoznania terenu, możesz przeżyć rozczarowanie. Absolwenci MBA oceniają, że w niektórych przypadkach aż 30-40 proc. osób rozpoczynających naukę nie ma doświadczenia zawodowego.

Praktyka to warunek przyjęcia na renomowane uczelnie. Harvard Business School na przykład proponuje programy dla ludzi ze sporym doświadczeniem. Zgodnie z zasadą „uczymy się przez całe życie” uczelnia oferuje edukację na zaawansowanym poziomie. Dla ludzi biznesu są trzy programy dające status alumna Harvardu (oprócz tradycyjnych, stacjonarnych studiów MBA). Jeden z nich jest przeznaczony dla osób z 10-letnim stażem zawodowym, kierujących firmą, której roczne obroty wynoszą 100 mln USD lub też dla menedżerów, którzy według kierownictwa firmy niebawem dostaną awans na wysokie stanowisko w strukturach korporacji. Program ten nazywa się The General Management Program (TGMP9).

— Kiedy moi przełożeni zgodzili się na finansowanie studiów, bez wahania złożyłem papiery. Byłem jednym z najmłodszych uczestników — opowiada Krzysztof Kuwałek, dyrektor generalny Claritas Polska, zajmującej się marketingiem precyzyjnym.

Niełatwo znaleźć się w szeregach studentów Harvardu. Uczelnia zastrzega możliwość odrzucenia kandydata bez podania przyczyny. Przyszły student musi udokumentować karierę i wykazać obroty firmy. Poźniej czeka go rozmowa kwalifikacyjna i wywiad środowiskowy. Koszt — blisko 38 tys. USD dopełnia całości. Po wnikliwej rekrutacji nikt nie ośmieli się powiedzieć, że dyplom kupiłeś.

A sponsor? Jednym płaci firma, innym pozostają kredyty bankowe. Zapału do pracy dodają naliczane przez bank odsetki. Jeśli nie wykorzystasz sensownie dyplomu, masz problem.

— Studiowałem z osobą, która próbowała pięć razy, zanim została słuchaczem The General Management Program. Jak widać, potrzeba jeszcze uporu w dążeniu do celu. No i siły fizycznej. Nikt nas nie uprzedził, że to harówka. Po 20 godzin dziennie! Nie przesadzam, choć brzmi niewiarygodnie. Trzy, cztery case’y na co dzień po 3-4 godziny plus dyskusje, praca nad przeczytanymi wcześniej tekstami, filmy szkoleniowe, które trzeba obejrzeć przed rozpoczęciem zajęć. No i gdyby policzyć wspólne lunche, kolacje, które przypominały burzliwe dyskusje na tematy nie odbiegające od przedmiotu studiów, to trochę się działo... I tak przez 2 miesięce — opowiada Krzysztof Kuwałek.

— Nie wszyscy wytrwali. W mojej 60-osobowej grupie 2 osoby się wycofały. Dyrektor generalny jednej ze spółek telekomunikacyjnych uznał na przykład, że jest zbyt wysoko w strukturach organizacji, by po raz drugi przechodzić przez to piekło... Wyjechał. Mimo wszystko zostałem, gdyż dostałem nie tylko dyplom, ale i bezcenne kontakty i przyjaciół w wielu renomowanych firmach — wyjaśnia Krzysztof Kuwałek.

Kiedy ktoś z kolegów ze studiów ma kłopot i nie wie, jak go rozwiązać, może wysłać pytanie do sieci. Odpowie ktoś inny z listy mailingowej, na której są absolwenci jego rocznika Harvardu.

— Ostatnio jeden z nas miał poważny problem: jak zwolnić nagle trzech dyrektorów generalnych. Dostał 30 rad, jak to zrobić — dodaje.

— Jesteśmy firmą nowych technologii, musimy ciągle uczyć się czegoś nowego — mówi Krzysztof Kuwałek.

Studia MBA to atut, a nie zagrożenie dla zespołu. Teoretycznie. W życiu — bywa różnie.

— Wcześniej byłem menedżerem produktu, teraz kieruję 5-osobowym zespołem. Więc może było warto... To inwestycja, która procentuje. Czy awans ma związek z ukończonymi studiami? Nie wiem na pewno. Powiedzmy, że cieszę się ze zbiegu okoliczności — sumuje krótko swoją historię Witold Tomaszek z Hewlett-Packard Polska.

Posiadanie MBA niczego nie gwarantuje. Wręcz odwrotnie — przyznaje Richard Mbewe.

— Dyplom odstrasza. Ludzie myślą: „On będzie dla nas za drogi. To zagrożenie dla nas wszystkich”. Sam tego doświadczyłem... Najlepiej jeśli pozostanie on asem w rękawie.