Himalajski wyjazd to koszt 40 tys. zł

Artur Lisowski
opublikowano: 02-07-1999, 00:00

HIMALAJSKI WYJAZD TO KOSZT 40 TYS. ZŁ

Ryszard Pawłowski, współwłaściciel Agencji Górskiej Patagonia, uważa, że najłatwiej zarobić na organizowaniu wypraw trekkingowych. Wśród jego klientów coraz więcej jest ludzi biznesu. Podkreśla jednak, że na Polakach zarabia niewiele. Więcej zyskuje na eskapadach z Amerykanami i Anglikami, wśród których ten rodzaj turystyki jest bardzo popularny.

„Puls Biznesu”: Skąd wzięło się u Pana zainteresowanie górami?

Ryszard Pawłowski: Alpinizm jest sportem, który zawsze mnie pasjonował. Przez pewien czas trenowałem boks i judo. Chodzenie po górach można traktować jak sport, dla mnie jednak jest to sposób na życie.

— Kim są uczestnicy organizowanych przez Pana komercyjnych wypraw?

— W organizowanych przeze mnie wyprawach udział biorą nie tylko amatorzy, ale i osoby, które zdobyły już po kilka ośmiotysięczników. Teraz częściej moimi klientami są ludzie biznesu. Aby uczestniczyć w takich wyprawach potrzebne są przecież niemałe pieniądze. Ludzie, którzy się do mnie zgłaszają, oprócz pragnienia zdobywania szczytów mają już doświadczenie górskie zdobyte w Tatrach lub Alpach. Bardzo często są to osoby, które kiedyś chodziły po górach. Jednak w organizowanych przez nas wyprawach udział biorą głównie Anglicy i Amerykanie.

— Jakie ma Pan wymagania w stosunku do uczestników swoich wypraw?

— Wszystko zależy od stopnia trudności wyprawy. Jeżeli jest to łatwa wyprawa typu trekking, w której nie są wymagane jakieś specjalne umiejętności techniczne, to nie stawiam specjalnych wymagań. Inaczej postępuję, jeżeli jest to wyprawa trudniejsza. Pytam potencjalnego uczestnika mojej wyprawy o jego przygotowanie techniczne: czy był w Alpach, Tatrach, czy ma wiadomości na temat poruszania się w takim terenie. Muszę znać jego umiejętności. Jeżeli jest to wyprawa na przykład na Mc Kinleya, to taki człowiek musi pokazać mi udokumentowany wykaz swoich dokonań. Mam spore doświadczenie w rozpoznawaniu, w jakim stopniu dana osoba jest obeznana z górami. W końcu wspinam się już od 30 lat i byłem na ponad 50 wyprawach.

— Czy koszty uczestnictwa w przygotowywanych przez Pana wyjazdach i wyprawach organizowanych przez zagraniczne agencje są porównywalne?

— Twierdzę, że komercyjne wyprawy organizowane przez biura zagraniczne są droższe od tych, które przygotowuję. Ich cena jest dwa, a czasem nawet pięć razy wyższa. Dla przykładu: wyprawa na Mount Everest organizowana przez agencję amerykańską może kosztować uczestnika nawet 60 tys. dolarów. W tym roku organizowałem podobną wyprawę za 10 tys. dolarów od osoby.

— Na co trzeba zwrócić szczególną uwagę przy organizacji takiej wyprawy?

— Dla mnie najważniejsze jest bezpieczeństwo uczestników. Chcę im zapewnić maksimum bezpieczeństwa. Dla przykładu, jeżeli jest to wyprawa na szczyt ośmiotysięczny, to muszę zapewnić awaryjne butle z tlenem. Wynajmuję wykwalifikowanych Szerpów, którym jak powiem, że muszą się danym człowiekiem opiekować, to wiem, że to zrobią. Nie zawsze mogę zapewnić indywidualną opiekę każdemu klientowi. Po naszej ostatniej wyprawie z Jackiem Masełko postanowiliśmy, że już nigdy nie zorganizujemy komercyjnego wejścia na Mount Everest od strony tybetańskiej. Ta trasa jest po prostu zbyt trudna dla ludzi bez umiejętności alpinistycznych. Nie zdecydowałbym się również zorganizować wyprawy komercyjnej na takie szczyty jak K2 czy Makalu. Od południowej strony można wejść na Mount Everest prawie z rękami w kieszeniach. Wiem, że i tam zginęło już wiele osób, ale też setki go zdobyły.

— Co trzeba zapewnić uczestnikom takich wypraw?

— W cenę moich wypraw wliczone są namioty, hotele, przelot, jedzenie, cała organizacja oraz pozwolenia na wejście na dany szczyt. Każdy uczestnik zabiera jedynie swój sprzęt osobisty: buty trekkingowe, ubranie, raki, czekan itp.

— Czy zaleca Pan uczestnikom wypraw wybór jakiegoś sprzętu wspinaczkowego?

— W naszych realiach wszystko zależy od tego, ile kto posiada pieniędzy. Inaczej rozmawiam z człowiekiem, który oszczędzał bardzo długo, żeby wybrać się na taką wyprawę, a inaczej z osobą, dla której jej cena nie jest dużym obciążeniem.

— Kiedyś przestanie Pan chodzić po górach. Czy myśli Pan już o emeryturze?

— Zdaję sobie sprawę, że czas działa na moją niekorzyść. Kiedyś traktowałem chodzenie po górach jako tylko i wyłącznie przyjemność. Potem zdobyłem kwalifikacje instruktora alpinizmu i uprawnienia przewodnika wysokogórskiego. Zacząłem organizować wyprawy komercyjne... Myślę, że i później będę organizował wyprawy w góry. Nie będę musiał przecież bezpośrednio w nich uczestniczyć, chociaż muszę przyznać, że chciałbym. Mimo że mam szansę zarabiać pieniądze organizując wyprawy, to autentyczną radość sprawia mi też zaznajamiania młodych ludzi z górami. Wielokrotnie już byłem organizatorem wyjazdów sportowych. Zabieram też w góry mojego 15-letniego syna. Cieszę się, że i jemu mogę zaszczepić miłość do gór. Chciałbym, podobnie jak Andrzej Zawada, być obecny w górach do 70-80 roku życia. Nie odejdę tak nagle na emeryturę.

— Wiele osób uważa, że góry nie są dla amatorów, że powinny chodzić po nich jedynie osoby doświadczone. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?

— Dlaczego mielibyśmy komukolwiek zabraniać chodzenia po górach?! Są ludzie, którzy nie mają ambicji sportowych, ale chcieliby zarobione przez siebie pieniądze wydać na chodzenie po górach. Myślę, że jeżeli jest zapotrzebowanie na tego typu wyprawy, to nie można ich przecież nikomu zabronić.

— Na jakich wyprawach można najwięcej zarobić?

— Najwięcej zarabia się na wyprawach łatwiejszych, takich jak trekking. Jest mniejsze ryzyko, mimo iż osoby, które na nie wyruszają, również wymagają opieki. Na rodakach zarabiam niewiele. Staram się zarabiać na ludziach z Zachodu. Inne cenniki stosuję dla Polaków, a inne dla ludzi z zewnątrz. Bardzo często organizuję również wyjazdy sportowe, do których z reguły dopłacam.

— W jakich krajach wyprawy tego typu są najpopularniejsze?

— Najwięcej takich wypraw organizują agencje amerykańskie. Pracowałem dla Alpine Ascent International — Agencji Todda Burlesona. Wprowadzałem na Mount Everest ludzi, którzy zapłacili za to po 60 tys. dolarów. Pracowałem także dla agencji angielskiej Himalaian Guides i prawie stałem się jej wspólnikiem. Teraz otworzyłem filię mojej agencji w Stanach Zjednoczonych. Prowadzę ją wraz z Jackiem Masełko, moim partnerem górskim i biznesowym.

— Ile osób rocznie prowadzi Pan w góry, oczywiście pytam o wyprawy komercyjne?

— Rocznie w moich wyprawach uczestniczy około dwudziestu osób, czasami jest to więcej, czasami mniej. Na Mc Kinleya w ciągu dwunastu miesięcy wprowadzam pięć-sześć osób.

— Jak wygląda ubezpieczenie takich wypraw?

— Od odpowiedzialności cywilnej ubezpieczam siebie i agencję. Na każdy wyjazd ubezpieczam się również od wypadku i ewentualnej akcji ratowniczej. To samo musi zrobić każdy uczestnik organizowanego przeze mnie wyjazdu.

“Najwięcej zarabia się na wyprawach łatwiejszych, takich jak trekking. Jest mniejsze ryzyko, mimo iż osoby, które na nie wyruszają, również wymagają opieki. Na rodakach zarabiam niewiele. Staram się zarabiać na ludziach z Zachodu. Inne cenniki stosuję dla Polaków, a inne dla ludzi z zewnątrz. Bardzo często organizuję również wyjazdy sportowe, do których z reguły dopłacam”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Artur Lisowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Himalajski wyjazd to koszt 40 tys. zł