Huty a Unia: tak hartuje się stal

Katarzyna Jaźwińska
opublikowano: 2002-07-26 00:00

Unia Europejska może nie zaakceptować pomocy publicznej dla polskiego hutnictwa. Powód? Budżetowe wspieranie kolosów na glinianych nogach jest dość krótkowzroczną metodą restrukturyzacji. Wielu jednak twierdzi, że w przypadku polskich hut nie ma alternatywy.

Wypada jednak przypomnieć, że kraje „piętnastki” bardzo chętnie fundowały parasole ochronne swoim sektorom stalowym. Margaret Thatcher, orędowniczka wolnego rynku, zrestrukturyzowała za państwowe pieniądze British Steel. Argument „skoro wy mogliście, dlaczego my nie” może trafić na podatny grunt w Komisji Europejskiej. Nic jednak nie dostaniemy na ładne oczy. UE zaakceptuje pomoc publiczną pod warunkiem, że dzięki niej ociężałe molochy wyjdą na prostą i już nigdy więcej nie będą zabiegać o kolejne dotacje.

Rodzime huty, by spełnić ten warunek, muszą inwestować w budowę linii pozwalających im produkować wyroby o wyższej niż obecnie jakości. Polskie Huty Stali chcą wydać ponad 3 mld zł. Z kredytów. Aby jednak mogły je spłacić, muszą obniżać koszty. To też jest możliwe, ale jednak dopiero po konsolidacji i wydzieleniu części majątku. To oznacza kolejnych bezrobotnych — w grę wchodzi nawet 3-4 tys. osób. Koszty społeczne takiej sanacji mogą spowodować, że cały plan — niezależnie od akceptacji UE — spali na panewce.

Śmieszne wydają się natomiast rozmowy z unijnymi urzędnikami dotyczące wielkości mocy produkcyjnych hut. Resort gospodarki ma obstawać przy zdolnościach na poziomie 11 mln ton stali rocznie. KE podobno się nie zgadza. Rozgrywka wokół stalowych mocy przypomina czasy centralnego planowania. Polskie huty produkują rocznie około 8 mln ton stali — tylko tyle, bo na większą ilość nie ma popytu. Wydaje się, że i Polska, i UE zapomniały, że te kwestie reguluje rynek, a nie urzędnicy.