Co wolisz? Niezależność czy złote kajdanki, włożone ci przez pracodawcę
Brak pieniędzy nie musi przekreślać naszych szans na studia MBA. Ale coś za coś.
Jedni płacą z własnej kieszeni, drugim naukę finansuje firma. Jeszcze inni korzystają z pomocy Brukseli. Każda forma ma zalety i wady.
— Jeśli cenimy niezależność i jesteśmy w miarę dobrze sytuowani, lepiej zrezygnować z pomocy pracodawcy — uważa Andrzej Kamiński, dyrektor działu handlowego w jednym z ogólnopolskich przedsiębiorstw transportowych.
Przełożeni postanowili wysłać go na studia menedżerskie. Pomysł zdobycia dodatkowej wiedzy bardzo mu się spodobał. Ale sam ponosi koszty. Nawet zapożyczył się u rodziny.
— Naukę na prestiżowej uczelni potraktowałem jako inwestycję w swoją karierę. Nadweręży to mój domowy budżet, ale nie lubię zobowiązań i długów wdzięczności — tłumaczy swoją decyzję Andrzej Kamiński.
Dodaje, że po studiach MBA chce założyć firmę logistyczną. A głupio byłoby mu się rozstawać z aktualnym pracodawcą, gdyby ten zapłacił za jego wykształcenie.
Stabilizacja też ważna
Na luksus niezależności nie może sobie pozwolić Aleksandra Mędrychowska, młoda menedżerka z Warszawy. Nawet nie marzyła o MBA, bo samotnie wychowuje dziecko i ma na głowie duży kredyt hipoteczny. Ucieszyła się więc, gdy szef zaproponował jej sfinansowanie studiów. W zamian musiała jednak podpisać coś w rodzaju deklaracji lojalności. Zobowiązała się, że po zdobyciu dyplomu będzie pracowała w dotychczasowej firmie przez co najmniej dwa lata. Koledzy żartują, że założyła sobie na ręce złote kajdanki, ale ona wie swoje. Mówi, że w czasie, gdy nawet "białe kołnierzyki" nie są pewne zatrudnienia, dobrze mieć taką gwarancję zawodowej stabilizacji.
— Wobec sytuacji na rynku bardziej cenię bezpieczeństwo niż niepewne eksperymenty. Nie w głowie mi teraz skakanie z firmy do firmy czy otwieranie własnej działal-ności — podkreśla Aleksandra Mędrychowska.
I pokazuje ostatni sondaż Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych, z którego wynika, że jedynie wobec 36 proc. pracowników przedsiębiorstwa mają długofalowe plany.
Unijna biurokracja
A czy można zachować niezależność, a jednocześnie prawie za darmo zrobić MBA? Taką możliwość stwarza dofinansowanie z Unii Europejskiej. Jest to rozwiązanie prawie idealne. Prawie, bo — jak wskazuje Katarzyna Lorenc, wiceprezes 4businesspeople — o pieniądze z UE musi wystąpić pracodawca. A niestety, nie każdy właściciel firmy jest przekonany o celowości takich studiów.
— Niektórzy szefowie nie doceniają wagi kapitału intelektualnego albo po prostu obawiają się menedżerów, którzy są od nich lepiej wykształceni. To sprawa kompleksów — uważa pani wiceprezes.
Poza tym, żeby przystąpić do programu, trzeba zebrać odpowiednio liczną grupę słuchaczy. A może się okazać, że chętnych do nauki w danym przedsiębiorstwie jest za mało. Kolejną przeszkodą jest biurokracja.
— Aplikowanie o europejskie wsparcie wymaga dużego zaangażowania, zdrowia, sił, czasu. Może się zdarzyć, że cała energia firmy lub uczelni idzie w papierologię, a nie w troskę o jakość studiów — stwierdza Katarzyna Lorenc.
Inny problem? Renomowany partner zagraniczny, decydujący o standardzie MBA, zwykle nie akceptuje unijnego dofinansowania. Bo co się stanie, jeśli za kilka lat Bruksela zakręci kurek z pieniędzmi na edukację?
— Wtedy klient może nie zrozumieć, dlaczego ma płacić kilkadziesiąt tysięcy za studia, które dzisiaj kosztowały go tylko kilka tysięcy złotych — zauważa Katarzyna Lorenc.
Okiem Eksperta
Piotr Wielgomas
prezes Bigram Personnel Consulting
W kryzysie popularniejsze są szkolenia
Czy pracodawcy w kryzysie rzadziej będą finansowali studia MBA? To zależy od branży, firmy, jej kultury organizacyjnej, a także od świadomości menedżmentu. Jedni szefowie uważają, że gdy jest ciężko, trzeba oszczędzać na wszystkim, nie wyłączając zasobów ludzkich. Inni – przeciwnie – twierdzą, że właśnie teraz należy inwestować w rozwój najlepszych pracowników. Wszak to ich wiedza, kwalifikacje i potencjał decydują o wynikach przedsiębiorstwa. I zapewniają przewagę konkurencyjną.
Obawiam się, że polskie firmy – patrząc statystycznie – jednak ograniczą wydatki na edukację. Czy to znaczy, że menedżerowie i specjaliści zechcą sami płacić za MBA? Wielu konsultantów głęboko w to wierzy. Mówią, że ludzie chętnie zainwestują w dyplom Master of Business Administration, by pokazać pracodawcom, że chcą się ciągle uczyć i rozwijać. A w konsekwencji – ocalić posadę. Śmiem jednak w to wątpić. Moim zdaniem, osoba zagrożona zwolnieniem raczej nie porwie się na dwuletnie MBA. To przecież inwestycja długofalowa. A w okresie dekoniunktury, pod wpływem stresu i lęku, większość z nas kieruje się krótszą perspektywą. Ważne jest dla nas tu i teraz, a nie to, co stanie się z naszą karierą za kilka lat. Dlatego na popularności zyskają teraz szkolenia, które trwają kilka dni lub tygodni.
Jack Welch, były prezes General Electric, mawiał, że wielkie firmy z kryzysu zawsze wychodzą umocnione. Bo decydują się na drastyczne zmiany i reformy, do których trudno byłoby kogokolwiek przekonać podczas prosperity. Podobnie jest z najlepszymi menedżerami. Właśnie w ciężkim okresie robią rzeczy, które wcześniej odkładali, bo sukces nawet ich zdołał rozleniwić. Na przykład? Nadrabiają braki w wiedzy, szlifują angielski, idą na studia podyplomowe, doktoranckie albo na MBA. Bo wiedzą, że to się im w przyszłości opłaci. Niestety, takich szefów i specjalistów nie jest jeszcze w Polsce zbyt wielu.
To się opłaci
Średnia cena dwuletniego kursu MBA w Polsce to 50 tys. zł. Inwestycja zwróci się jednak już po roku pracy. Dyplom MBA wart jest ponad dwa i pół raza tyle co dyplom magistra — wynika z badań wynagrodzeń przeprowadzonych przez agencję Sedlak Sedlak. Absolwenci elitarnych studiów menedżerskich "wyciągają" średnio 9 tys. zł miesięcznie. Ale co czwarty zarabia około 15 tys. zł, a co dziesiąty — ponad 23 tys. zł.