Ikona perfekcji

Nie samym Ferrari żyje człowiek. Czasem potrzeba pluszowego fotela z podnóżkiem. A że nie bierze zakrętów jak sportowy bolid? No i co z tego?

Luksusowe samochody są jak ekskluzywne hotele. Powiedzmy, pięciogwiazdkowe. Albo nawet sześciogwiazdkowe (są takie?). Ma być bezpiecznie, wygodnie i bez zbędnych zaskoczeń. Negatywnych oczywiście. Woda w basenie nie za zimna, łóżko wygodne, śniadanie w porę. Do tego kilka dodatkowych usług — prasowanie, budzenie i takie tam. Oczywiście nowoczesny telewizor, dostęp do internetu, markowe kapcie i szlafrok. Czasem czekoladka na dobranoc. Tyle. Jest miło, obsługa dba o twoje dobre samopoczucie. Z tym, że odwiedzając kolejny taki hotel, w zasadzie nie widzisz różnicy. Trochę jak z czytaniem gazet: — Jest coś nowego? — Owszem. — Co? — Data.

Nie wypada

Stoi przede mną mastodont. Niebieski. Nie chodzi mi o to, że ma trąbę (nie ma). O wielkość idzie. Ponad 5,6 m długości! To dużo nawet jak na limuzynę, a to jest coupe! Domyślam się, że i waży tyle co prehistoryczny „trąbacz”. Sprawdzam. Prawie 2,6 tony. Koniec z cyframi. Uprzejmy pan, który wydaje mi auto, spojrzeniem daje do zrozumienia, że o cyfrach w towarzystwie Rolls-Royce’a się nie mówi.

Nie przystoi. To jakby damę pytać o wiek. Moc? Wystarczająca. Moment obrotowy? Odpowiednio wysoki. Przyspieszenie? Takie, jak ma być. Korzystając z chwili, w której ów pan nie patrzy, mogę powiedzieć, że pod maską pracuje silnik BMW o 12 cylindrach w układzie V i pojemności prawie 7 litrów. Agregat ten dostarcza na tylne koła moc… — Zapraszam. Auto gotowe — bardziej upomina, niż przerywa pan.

Drzewo dziadka

Jestem raczej zwyczajnym gościem. Nie noszę garniturów ani koszul szytych na miarę. Nie bywam na rautach i nie mam smokingu. Kindersztubę opanowałem w stopniu podstawowym, a o protokole dyplomatycznym wiem tyle, że to inny protokół niż policyjny. Na śniadanie jadam jajko, nie kawior. W restauracjach, owszem, bywam, ale raczej na zaproszenie.

Nie mam zamku, posiadłości ani nawet wolno stojącego domu. A już po chwili za kierownicą Phantoma coupe poczułem się, jakbym to wszytko miał, wiedział i smakował. Niesamowite. Normalnie — transfer luksusu. Phantom to auto bezkompromisowe.

Zbudowane tylko po to, by być luksusowe. Do kabiny nie docierają absolutnie żadne niepożądane dźwięki, silnik jest wyciszony do tego stopnia, że można uwierzyć, że podróżuje się autem elektrycznym. Wnętrze to głęboki ukłon w stronę przeszłości. Wszystko co nowoczesne jest ukryte za przesłonami. Kierownica? Wielka. Przypomina raczej ster luksusowego jachtu. Fotele? Jak

autoportret

z biblioteki angielskiego klubu dla dżentelmenów. Tylna kanapa? O rany! Wielka jak niejeden samochód miejski. Swoją drogą: gdzie oni znaleźli taką wielką krowę, by tę sofę przykryć skórą? Otóż nie znaleźli. Skóra pochodzi z byków. Są większe. Do tego drewno, stal (a nie okleina i plastik). Bez kompromisów. Zresztą o kompozycji wnętrza nie ma się co rozpisywać. Może być taka, jaką sobie klient zażyczy. Podobno jeden chciał wkomponować resztki ukochanego jachtu ojca. Wkomponowali. Inny zażyczył sobie, by deskę rozdzielczą wyłożyć drewnem z drzewa z jego posiadłości. Bo dziadek je zasadził czy coś. Przyjechali, ścięli i uprzedzili, że jak nie spełni wymagań Rolls- -Royce’a, to go nie wykorzystają. Spełniło. Wykorzystali. Jeszcze inny pan zechciał, by auto miało kolor obić krzeseł, które widział w Paryżu. W hotelu, w którym gościł podczas podróży służbowej. Pojechali. Zeskanowali i wyprodukowali lakier „obiciowy”. No, to się nazywa personalizacja!

Poszanowanie gatunku

Pierwszy Rolls-Royce Phantom ukazał się w 1925 r. Model, którym jadę, to Phantom siódmej generacji. Czujecie to? Minęło ponad 90 lat, a to dopiero siódma generacja. Gdyby to był Golf, nosiłby pewnie numer 38… co najmniej. Nie jest. Na szczęście. Wracając do historii. Pierwszy Phantom był produkowany (ręcznie, a jakże!) przez sześć lat. Kolejny przez lat siedem. Następny przez trzy (produkcja stanęła przez wybuch II wojny światowej). Kolejny Phantom (to będzie już czwarty) produkowano między 1950 a 1959 r. Piąte wcielenie budowano przez dziewięć kolejnych lat. Szóste — najdłużej, aż 23 lata. Do 1991 r. Potem Rolls-Royce popadł w kłopoty. Z pomocą przyszło BMW, które właśnie od wskrzeszenia w 2003 r. Phantoma rozpoczęło karierę w motoryzacyjnych wysokich progach. W 2007 r. pojawił się Phantom Drophead (kabriolet znaczy), a w 2008 r. „mój” — coupe.

O ile mniejszy (najmniejszy) w ofercie RR model Ghost uważa się za kompromis między nowoczesną technologią a tradycją, o tyle w Phantomie zrobiono wiele, by tego kompromisu uniknąć. Nowoczesność (z której oczywiście nie da się dziś zrezygnować) ukryto. A to w schowku, a to za klapką lub w podłokietniku. Jak to wszystko pozamykasz, możesz się poczuć jak w aucie z epoki. Są popielniczki! Ale jakie! Wielkie — na cygara. Tu nikt nie próbuje mówić, że palenie jest niezdrowe. Chętnie natomiast mówią o tym, że owe popielnice są identyczne jak w Phantomie z lat 30.

Milordzie, jest pan pewien?

Dość. O jeździe będzie. Wszak to coupe. Czyli auto dla kierowcy. Drzwi otwierane „pod wiatr” ułatwiają zajęcie miejsca na tylnej kanapie, ale doprawdy nie widzę sensu, by się tam wpychać. Łapię ster w ręce i w rejs. Właśnie w rejs! Jazda Phantomem przypomina żeglowanie po spokojnych wodach gdzieś w ciepłych krajach. Ten samochód to oaza spokoju, ciszy i komfortu. Zupełnie inny świat motoryzacji. Nie musisz być szybszy od gościa w żółtym Lamborghini. Masz Rollsa.

Nie musisz być szczuplejszy od faceta w BMW 7. Masz Rollsa. I w ogóle nic nie musisz. I tak nic nie musząc, niby bezwiednie manifestujesz wszystkim swą finansową niezależność. Co ciekawe, postronni nie oceniają, tylko podziwiają. I choć cena powala, auto nie wytwarza dystansu. Nic dziwnego. Phantomy to ręcznie składane ikony perfekcji. Ciekawość bierze górę. Nikt nie oczekuje, że z piskiem opon odjedziesz spod świateł. Nikt nie zatrąbi, gdy dostojnie suniesz środkiem jezdni. Patrzą tylko i się uśmiechają. Nie oczekują sprintu… bo niby jak biegać w surducie i lakierkach? A ja spróbuję.

Autostrada (i to niemiecka), więc mi wolno. Gaz w podłogę. Nie protestuje. Trochę się dziwi, ale nie protestuje. Jakby pytał: milordzie, jest pan pewien? Jestem! Pokaż, na co cię stać. Moja coupe karoca rozpędza się, a widniejąca w miejscu obrotomierza wskazówka rezerwy mocy zbliża się do zera. 190, 200, 250 km/h. Tu do głosu dochodzi ograniczenie elektroniczne (tych drogowych nie było, wiecie… niemiecka autostrada). Koniec. Zwalniam.

Nie znalazłem żadnej przyjemności w zamienianiu mojej karocy w piekielny rydwan. Niby zawieszenie w odmianie coupe jest utwardzone (minimalnie) i wyposażone w system zapobiegający przechyłom podczas dynamicznego pokonywania zakrętów, ale ani szybka jazda, ani owo „dynamiczne pokonywanie zakrętów” nie dają przyjemności. Niby auto słucha kierowcy. Niby wykonuje polecenia. Ale masz wrażenie, że za każdym razem chce się upewnić: jest pan pewien, milordzie? Nie możesz oprzeć się wrażeniu, że twój lokaj nie jest z ciebie dumny. Ot, znowu milord się wstawił i szaleje, a kamerdyner musi świecić oczami. Ale co zrobić, to on jest tu panem.

Pean

Rolls-Royce, a szczególnie Phantom, jest synonimem luksusu. Nie jest gadżeciarzem. Jest stonowanym dżentelmenem. Oczywiście, jeśli trzeba, potrafi przyłożyć, ale zdecydowanie woli, jeśli nie trzeba. Wracając do porównania z początku. Tego do hoteli. Jeśli rzeczywiście uważacie, że luksusowe auta są jak luksusowe hotele, to Phantoma należy przedstawić jako zamek nad Loarą. Pełen aksamitnych kotar, portretów przodków i ogromnych drewnianych mebli.

Może to i mało praktyczne, ale pachnie historią, ma historię i przede wszystkim klasę. Owszem, jest nieco flegmatyczny, może ciut ociężały. Ale taki właśnie ma być. To zupełnie inny motoryzacyjny świat. Inaczej pojmowany i niestety zupełnie inaczej wyceniany. Ludzka pasja i oddanie od zawsze swoje kosztowały, a w światowej czołówce ekskluzywnych aut Rolls-Royce jeszcze długo pozostanie na szczycie. Wszak Spirit of Ecstasy to nie tylko srebrna statuetka panienki, ale i podświadomy respekt dla całej inżynierii i majestatycznej otoczki, którą trudno ubrać w słowa. &

Okiem eksperta

PAŁAC Z CHARAKTEREM

Kamil Dłutko, prezes Supercar Club Poland

Rolls-Royce Phantom ma jeden cel — zapewniać najwyższy komfort. Bez kompromisów. Jeśli dzięki dodaniu dwóch ton wyposażenia będzie wygodniejszy, to niech waży choćby i pięć ton. Kierowców lubiących prowadzić Phantom znudzi, chyba że atrakcją jest symulacja pracy maszynisty. Bo to auto izoluje od drogi w stopniu, który wchodzi w kompetencje… pociągu. Ocena Phantoma kategoriami samochodowymi nie bardzo ma sens. Układ kierowniczy pracuje jakby w oderwaniu od nadwozia. Obojętnie, jaki byłby silnik, i tak jego moc zatraca się w kilkutonowej masie. O pracy skrzyni biegów trudno cokolwiek powiedzieć, nawet to, czy w ogóle ją zamontowano. Przydomek „pałac na kołach” jest jak najbardziej adekwatny. Jestem pasjonatem szybkiej jazdy, więc mógłbym powiedzieć, że Phantom nie ma mi nic do zaoferowania. Ale nie byłaby to prawda, ponieważ uwielbiam go za to, że jest wyjątkowy. Najbardziej w motoryzacji cenię smaczki i charakter, a Phantom ma ich pod dostatkiem. Nawet, jeśli nie trafia w moje gusta.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Ikona perfekcji