Czytasz dzięki

Ile ryzykować oszczędzając?

Maciej Bitner, Główny Ekonomista Wealth Solutions
opublikowano: 05-11-2012, 07:26

Doradcom finansowym od dziesiątek lat znana jest prosta reguła: procentowy udział akcji w portfelu powinien być równy „100 – wiek inwestora”. Czy takie podejście jest słuszne? Jakie reguły powinny obowiązywać przy doborze długoterminowej strategii inwestycyjnej?

Ile wrzucić w akcje?

Problem ustalenia poziomu alokacji w ryzykowne instrumenty dotyczy w mniejszym lub większym stopniu każdego oszczędzającego. Osoby, które zbierają środki wyłącznie na lokatach, też podejmują decyzję o ekspozycji na ryzyko, przyjmując najbardziej zachowawczy wariant 100% alokacji w bezpieczne aktywa. Jednak w sytuacji bardziej długoterminowego oszczędzania doradza się pewną ekspozycję na ryzykowne aktywa, które w długim okresie pozwalają więcej zarabiać. Wtedy trzeba wybrać, czy na przykład wolimy lokować w funduszach stabilnego wzrostu, czy zrównoważonych, czy też funduszach akcji.

Pod nazwami funduszy kryją się właśnie poziomy alokacji w akcje — zwykle odpowiednio do 40%, 70% i 100%. Także gdy wychodzimy poza segment tradycyjnych funduszy, kupując samodzielnie akcje bądź — również dostępne na giełdach — niskokosztowe fundusze ETF, musimy podjąć decyzję: jaką część środków przeznaczamy na ryzykowne aktywa, a jaką zostawiamy, by zarabiała wyłącznie bezpiecznie. By spróbować nieco dokładniej odpowiedzieć sobie na to pytanie, stwórzmy modelowy profil oszczędzającego o określonych celach i możliwościach inwestycyjnych.

Zbieramy na emeryturę

Załóżmy więc, że mamy 22 lata i rozpoczynamy życie zawodowe. Nasza pierwsza pensja to 2000 zł i będzie ona rosła w tempie 2% powyżej inflacji, zakładanej na poziomie 2,5%. Pod koniec życia zawodowego, obliczonego na 45 lat (pracujemy do 67 roku życia), będziemy więc zarabiać 4566 zł (w cenach bieżących). Na koniec każdego roku kariery zawodowej odkładamy 20% zarobionych przez minione 12 miesięcy środków i inwestujemy je zgodnie z przyjętą regułą: częściowo w ryzykowne, a częściowo w bezpieczne aktywa.

Jako przykład ryzykownych aktywów posłuży nam zdywersyfikowany globalnie portfel akcji. Taka inwestycja w latach 1900-2011 przyniosła stopę zwrotu na poziomie 5,4% powyżej inflacji. Możemy więc założyć, że nominalnie zarobimy około 8%, przy ryzyku mierzonym odchyleniem standardowym na poziomie 20%. Bezpieczne aktywa w naszej symulacji pozwalają na zysk realny na poziomie 2% rocznie (4,5% uwzględniając inflację). Jak przedstawia się wysokość emerytury w zależności od przyjętego poziomu alokacji między bezpiecznymi a ryzykownymi aktywami?

Emeryturę będziemy liczyć tak jak robi to ZUS, czyli podzielimy kapitał zgromadzony do momentu przejścia na emeryturę przez oczekiwaną długość życia (przyjmijmy optymistycznie 20 lat). W rezultacie, gdyby oszczędzać wyłącznie bezpiecznie 20% naszej pensji, uzbieralibyśmy na emeryturę na poziome 2055 zł miesięcznie. Świadczenie odpowiadałoby więc 45% naszej ostatniej pensji. Włączenie do portfela ryzykownych aktywów wydatnie poprawia ten wynik. Gdyby na przykład co roku inwestować 40% oszczędności w globalne akcje (alokacja odpowiadająca funduszom stabilnego wzrostu), typowa emerytura powinna wynieść 2883 zł, co daje stopę zastąpienia na poziomie 63%. W przeciwieństwie jednak do inwestowania bezpiecznego ta kwota nie jest pewna — może być trochę niższa lub trochę wyższa.

Grozi niska emerytura

W tym celu właśnie potrzebna jest symulacja. Jeśli wygenerujemy 10 tys. scenariuszy inwestycyjnych, będziemy mogli powiedzieć, z jakim prawdopodobieństwem uzyskamy w danej strategii inwestycyjnej określony poziom emerytury. I tak w przypadku inwestycji 40% w ryzykowne aktywa prawdopodobieństwo tego, że nasza emerytura będzie zdecydowanie niesatysfakcjonująca (powiedzmy: mniej niż 1500 zł — czyli mniej niż jedna trzecia ostatniej pensji), wynosi 0,1%. To bardzo niski wynik, który skłania do tego, by przemyśleć alokację jeszcze bardziej ryzykowną, która pozwoli — przy wciąż dopuszczalnym poziomie ryzyka — podnieść nieco naszą emeryturę.

Sprawdźmy na przykład, jak sprawdza się reguła „100 – wiek inwestora”, dająca w naszym przypadku alokację w ryzykowne aktywa na poziomie 78%. Typowa emerytura wyniosłaby w tej sytuacji 3670 zł, czyli aż 80% ostatniej pensji. Prawdopodobieństwo „ruiny na emeryturze” także jednak jest wtedy wyższe i wynosi 3,1%. Ten poziom ryzyka może być dla części osób już nie do zaakceptowania, zwłaszcza jeśli emerytura ma być jedynym źródłem utrzymania. Czy nie dałoby się go jakoś obniżyć?

Jak obniżyć ryzyko niskiej emerytury?

Wydaje się, że takie możliwości są. Głównym bowiem powodem tego, że stan konta pod koniec okresu oszczędzania jest tak niepewny, jest to, iż wtedy, kiedy dużo zarabiamy i mamy szansę więcej oszczędzić, niewiele już pozostało czasu do emerytury. W efekcie znaczna część środków inwestowana jest w ryzykowne aktywa wtedy, kiedy jest niewiele czasu na odrabianie ewentualnych strat. Idealnym rozwiązaniem byłoby oszczędzanie więcej we wczesnej młodości, co jednak w praktyce bardzo trudno osiągnąć. Pozostaje więc inne rozwiązanie, polegające na tym, że w trakcie okresu oszczędzania zmieniamy stopień ekspozycji na ryzykowne aktywa. Na początku okresu oszczędzania włączamy do portfela przede wszystkim ryzykowne instrumenty, pod koniec zaś oszczędzamy z przewagą bezpiecznych aktywów.

Przykładowo: początkowa alokacja na poziomie 78% może być co roku (tylko dla nowych inwestycji!) zmniejszana o 1 punkt procentowy. Dzięki temu prawdopodobieństwo uzyskania bardzo niskiej emerytury spadnie do 1,1%, a typowa emerytura wciąż będzie relatywnie wysoka — na poziomie 3382 zł, czyli jedynie o niecałe 300 zł mniej, niż gdyby trwać przy alokacji na poziomie 78%. Jeszcze lepszy wynik można by uzyskać, zwiększając początkową alokację do 100% przy jednoczesnym zwiększeniu tempa obniżania ryzyka portfela do 2 punktów procentowych rocznie. Taka strategia pozwala liczyć na emeryturę wysokości 3552 zł przy ryzyku „emerytalnej ruiny” na poziomie 1,3%.

Widać więc, że decyzja o alokacji w ryzykowne aktywa ma istotne znaczenie bez względu na to, na jakim etapie realizacji naszych planów oszczędnościowych jesteśmy. Nawet powierzchowne zrozumienie omówionych tu zależności powinno pomóc w podejmowaniu lepszych decyzji inwestycyjnych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maciej Bitner, Główny Ekonomista Wealth Solutions

Polecane