O tym, jak trudno przekonać urzędników do swoich racji, dowiedzieli się przedsiębiorcy importujący leki na polski rynek. Ministerstwo Zdrowia nie zgodziło się na ich propozycje, dotyczące przyspieszonej procedury wpisywania farmaceutyków z importu na listę refundacyjną. Dzisiaj muszą składać wnioski, mimo że dokładnie taki sam lek jest już na liście.
— Urzędnicy tłumaczą, że rozumieją problem, ale ustawa na to nie pozwala. W najbliższym czasie planujemy złożyć kolejną, drugą już, propozycję zmian — tłumaczy Sławomir Bernaciak, prezes Inpharmu.
Importerzy przekonują o zaletach takiego rozwiązania. Pierwsza propozycja miała przynieść Ministerstwu Zdrowia około 1 mln zł dodatkowych wpływów. Pacjenci natomiast mieli zapłacić mniej. Przedsiębiorcy uważają, że brak leków z importu na liście leków refundowanych po raz kolejny pokazuje, jaki jest w Polsce stosunek do leków z importu. Udział produktówz zagranicy nadal nie przekracza w Polsce 1 proc. Większość zachodnioeuropejskich krajów jest mu bardziej przychylna.
W Niemczech obowiązują np. takie przepisy, które narzucają aptekarzom sprzedaż tego typu produktów na poziomie kilku procent ich obrotów. To nie koniec problemów importerów. Oprócz niekorzystnegoprawa muszą się zmagać z dołującym rynkiem. Choć po pierwszym półroczu 2012 r. był on na sporym plusie, to na koniec listopada spadek sięgał już 3,5 proc.
— Liczyliśmy na spore zwyżki, ponieważ leki z importu są atrakcyjne nie tylko dla pacjentów, ale również dla hurtowni farmaceutycznych oraz aptek, które realizują na nich wyższe marże, co jest szczególnie interesujące w kontekście spadającej sprzedaży i rentowności tych podmiotów. Niestety nie widać tego w wynikach sprzedaży importerów — mówi Tomasz Dzitko, założyciel i prezes Delfarmy.
170
mln zł Tyle jest wart rynek leków z importu równoległego.