Indeksy znalazły się o krok od przepaści
Dołek na indeksach powinien nastąpić pod koniec roku, po drugiej nowelizacji budżetu i znacznym osłabieniu złotego. To nie jest koniec spadków.
Z Ameryki
Był to tydzień, który pozbawił nadziei na kontynuację wzrostu typowego dla początku sierpnia. Dopiero sesja piątkowa dała nadzieję na utrzymanie trendu horyzontalnego. Ważne w tym tygodniu miały być wyniki Cisco i ocena sytuacji przez jego kierownictwo. Nie było żadnych dobrych informacji dla byków. Wyniki Cisco były fatalne, ale zgodne z oczekiwaniami. Wypowiedzi prezesa zostały jednak przyjęte bardzo chłodno. Nie oczekuje on bowiem poprawy w bieżącym kwartale (wręcz spadek sprzedaży). Najlepiej określa sytuację w gospodarce USA to, co powiedział (za Reutersem): „Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy gospodarka i inwestycje kapitałowe osiągną dno”. Święte słowa.
Bomba cenowa
Inną spółką, która miała duży wpływ (negatywny) na rynek był Intel. I pomyśleć, że całkiem niedawno był to motor wzrostów. Analitycy Lehman Brothers i Salomon Smith Barney oświadczyli, że Intel w wojnie cenowej z AMD będzie obcinał ceny, obniżając w ten sposób zyski. Padło wręcz sformułowanie wypowiedziane przez analityka Lehman Brothers D. Nielsa, że 26 sierpnia Intel „zdetonuje bombę cenową”, obniżając nawet o 50 proc. cenę niektórych swoich najszybszych układów scalonych. W niektórych kręgach analityczno-inwestorskich panuje przekonanie, że konieczny jest wzrost kursów akcji spółek związanych z sektorem komputerowym, by zapoczątkować trwalszą tendencję wzrostową na całym rynku. Po prostu akcje tego sektora zazwyczaj najszybciej zyskują, kiedy gospodarka odżywa.
W danych makro też nie można było zobaczyć nic dobrego. Niepokojące są napływające na rynek zapowiedzi zmniejszenia zatrudnienia. Według firmy Challenger, Gray & Christmas, liczba zapowiedzi może się zwiększyć o 65 proc., co jest absolutnym rekordem.
Problem dolara
Obawiano się raportu o cenach import/eksport, jednak niewiele wpłynęły na rynek. Trochę to dziwne, bo duży spadek cen w imporcie jest bardzo dobry dla inflacji, ale pokazuje brak popytu. Spadek w eksporcie to mniejsze zyski eksporterów. W tym kontekście ciekawe jest, jaki będzie stosunek administracji amerykańskiej do polityki silnego dolara. Ostatnio szef finansów General Motors J. M. Devine zaatakował tę politykę, mówiąc: „Mocny dolar niszczy możliwości produkcyjne i konkurencyjność eksportu”. Oczywiście medal ma dwie strony. Słabszy dolar to inflacja i wyższe stopy procentowe. Wypowiedzi sekretarza skarbu P.H. O’Neilla nie pozostawiają złudzeń. Eksporterzy mogą narzekać, zyski mogą spadać, a polityka mocnego dolara nie będzie podlegała modyfikacjom. Dzieła zniszczenia dokończył raport Fed o gospodarce, zwany beżową księgą. Raport ten wprowadził rynek w stan najwyższego zaniepokojenia. Inwestorzy wywnioskowali z niego, że spowolnienie gospodarcze zaczyna przenosić się z sektora produkcji w inne rejony gospodarki. Tego już rynek nie strawił i nawet perspektywa obniżki stóp nic nie pomogła. Przecena dotknęła cały rynek.
Jasny punkt
Jedynym jasnym punktem w danych makro jest inflacja, która nie jest żadnym zagrożeniem dla gospodarki. Co prawda ropa naftowa drożeje na skutek napięć na Bliskim Wschodzie, ale wydajność pracy utrzymuje się na wyższym niż oczekiwano poziomie, indeks towarów (CRB) spada, a ceny u producentów (PPI) nie wykazują tendencji do wzrostu. Trzeba zauważyć jednak, że ten trzeci parametr wcale nie jest jednoznaczny. PPI bowiem spadło znacznie, ale wartość bazowa (bez żywności i paliw) wzrosła więcej niż oczekiwano. Jeśli weźmie się pod uwagę wzrost cen ropy naftowej i to, że ceny żywności sezonowo spadają, to we wrześniu może już nie być tak dobrze. Obecnie rynek jednak nie ma powodów do obaw.
Od wtorku znowu zacznie się bombardowanie rynku danymi makro. Wtedy zostanie podany nadzwyczaj istotny raport o sprzedaży detalicznej. Wszak to właśnie konsumenci indywidualni mają bronić gospodarki przed recesją. Oczekuje się wzrostu sprzedaży (bez samochodów) o 0,1 proc. Podobnie istotne informacje zostaną podane we środę. Będą to raporty o wysokości zapasów, wykorzystaniu potencjału produkcyjnego i dynamice produkcji przemysłowej. Interpretacja w krótkim okresie nie będzie łatwa. Oczywiście, znakomicie by było, gdyby zapasy spadły, a dynamika wzrosła. Wtedy wzrost indeksów jest pewny. Inne dane powinny spowodować spadek, ale jeśli rynek wymyśli sobie, że oznacza to dalsze redukcje stóp, to reakcja może być nieoczekiwana.
Czekanie na Fed
Ten tydzień będzie przygotowaniem do posiedzenia Fed planowanego na 21 sierpnia. Wszyscy obserwatorzy rynku zgadzają się z tym, że stopy zostaną obniżone o 25 pkt. Różnice dotyczą jedynie przyszłości. Prawie 60 proc. ankietowanych ekonomistów uważa, że to będzie ostatnia obniżka w tym roku. Reszta jest zdania, że Fed będzie ciąć nadal. Obecnie obniżka jest już zawarta w kursach akcji, chociaż rynek do posiedzenia będzie w stanie wyczekiwania, co może ułatwić utrzymanie trendu horyzontalnego.
Taki trend widać wyraźnie, jeśli użyje się analizy technicznej. Wszystkie indeksy w piątek były już na krawędzi przepaści. Nasdaq w czasie dnia dał już krok do przodu. Odwrót był imponujący, a analitycy mówią, że to wpływ danych o inflacji. To nieporozumienie. Po prostu blisko jest do posiedzenia Fed, a indeksy dotarły do ważnych wsparć. Akurat tego dnia rynek nie dostał złych danych, więc wsparcie zostało ocalone. I nie wykluczam, że może być ocalone do posiedzenia Fed. Dla DJIA takim obszarem wsparcia jest 10 170-10 200 pkt. Przebicie tego wsparcia to testowanie 9960 pkt, a najpewniej spadek przynajmniej do 9750 pkt. Opór to 10 600-10 650 i nie oczekiwałbym jego pokonania. S&P 500 w identycznej sytuacji: trend horyzontalny 1165-1220 pkt. Przełamanie wsparcia to spadek przynajmniej do 1110 pkt. Wybicia do góry nie oczekuję. Dokładnie to samo widać na Nasdaq. Tam indeks krąży między 1940 a 2100 pkt. Przełamanie wsparcia może spowodować testowanie dna w okolicach 1650 pkt. TRIN dał sygnał sprzedaży.
Z Polski
isałem ostatnio, że najbardziej niepokoi mnie to, iż olbrzymia większość analityków i inwestorów jest pewna pokonania poziomu 1200 pkt i marszu w kierunku 1260 (na WIG 20). Ten tydzień wybił nam wszystkim taki pomysł z głowy. Spadki na rynku amerykańskim, kłopoty z budżetem i przecena telekomów doprowadziły WIG 20 do poprzedniego dna tuż nad poziomem 1100 pkt.
Objawy bessy
W zeszłym tygodniu taniały spółki sektora telekomunikacyjnego i KGHM. Analitycy prześcigali się zmniejszając docelowe ceny tych spółek. To klasyczny objaw bessy. Niedobrze wyglądały również inne duże spółki. Jeśli chodzi o największy z telekomów, czyli TP SA, to co analityk, to opinia. Według mnie, elementów układanki jest tak dużo, że nie sposób przewidzieć, jaki będzie wynik. Wiadomo, że FT zaproponuje kiepską cenę, ale czy rząd ją zaakceptuje tuż przed wyborami? Może się narazić wówczas na krytykę opozycji za wyprzedaż majątku narodowego po skandalicznie niskich cenach. Ja sensu tej transakcji przed wyborami nie widzę. Nie ma nawet daty, do której zapadną jakieś postanowienia. Taka sytuacja zawieszenia występuje również na linii Elektrim-Vivendi.
Budżet 2002
Cały tydzień trwały dyskusje nad budżetem 2002 roku. Ostateczne ustalenia Reutersa, powołującego się w sobotę na Jacka Krzyślaka, są następujące: zespół opracowujący założenia do budżetu wyliczył, iż zabraknie nieco ponad 92,3 mld zł. Oczywiście ta liczba w budżecie się nie pojawi. To, a nawet 60 mld zł, nie jest możliwe do sfinansowania.
Proponowane cięcia i zwiększenia przychodów mają doprowadzić deficyt do 33,7 mld zł. Trzeba by było napisać drugą „Subiektywną ocenę sytuacji”, by pokazać, że to znowu nie jest realne. Wystarczy jednak powiedzieć, że plan ministra finansów Jarosława Bauca zakłada dodatkowe dochody wysokości 22,3 mld zł i redukcję wydatków o 40 mld zł. Przypominam, że w wersji oryginalnej cały deficyt tegoroczny miał wynosić nieco ponad 20 mld zł. Budżet na 2002 r. będzie zapewne znowu wirtualny, a nowemu Sejmowi nie pozostanie chyba nic innego jak jego natychmiastowa nowelizacja. Przecież nowa władza musi wszystko natychmiast ujawnić, by po dramatycznym roku 2002 mieć potem trzy lata, kiedy będzie się już tylko poprawiało.
W planie Jarosława Bauca są różne pomysły na zwiększenie przychodów, np. wprowadzenie podatku importowego. Owszem, zwiększy to dochody SP, ale spowoduje również zwiększenie inflacji i... zmniejszenie konkurencyjności eksportu. W wielu eksportowanych wyrobach jest bardzo dużo komponentów z importu.
Poza tym, taka propozycja natychmiast zwiększy import (będzie się kupować na zapas) i pogorszy deficyt obrotów bieżących, a to może spowodować wycofywanie się inwestorów zagranicznych i problemy ze sfinansowaniem nawet tegorocznego budżetu, nie mówiąc już o upadku złotego.
Inne propozycje to cięcie wydatków sztywnych (np. brak waloryzacji rent i emerytur — niemożliwe w wykonaniu lewicowego rządu). Mówi się również o opodatkowaniu dochodów z lokat bankowych. Nie wiadomo, czy zostanie utrzymane zwolnienie zysków giełdowych z podatku. Byłby to duży cios dla giełdy.
Prywatyzacja
Dochodzi jeszcze sprawa prywatyzacji, mogąca pogorszyć tegoroczny budżet, ale poprawić przyszłoroczny. „Financial Times” twierdzi, że mało prawdopodobne jest sprzedanie przed wyborami akcji Rafinerii Gdańskiej firmie Rotch Energy. Z kolei „Puls Biznesu” twierdzi, że banki inwestycyjne będące liderami konsorcjum przygotowującego ofertę publiczną PZU (Merrill Lynch, ABN Amro, Chase Manhattan) są przeciwne ofercie w tym roku. Brakuje tylko informacji, że FT nie dogadał się z MSP w sprawie TP SA.
Na rynku walutowym jeszcze nie widać poważnego osłabienia złotego. To ewenement. Może jednak jest to jedynie wyczekiwanie na decyzje prywatyzacyjne i projekt budżetu. Złoty do dolara i euro jest w klasycznej korekcie ABC (ostatnia fala). Potem powinno nastąpić duże osłabienie. Być może po danych o deficycie obrotów bieżących, a może dopiero wtedy, jak rynek zorientuje się, że będzie druga nowelizacja budżetu, a w roku 2002 deficyt wyniesie nie 35 mld, lecz 50 mld zł.
W tym kontekście zachowanie giełdy wcale nie jest takie złe. W piątek wydawało się, że rynek musi z hukiem przebić wsparcie. Nic z tych rzeczy. To zasługa przede wszystkim podaży, która na wielu spółkach TMT był bardzo powściągliwa.
Analiza
16 sierpnia GUS ogłosi dane o inflacji. Rynek spodziewa się deflacji w lipcu i spadku inflacji do poziomu 5,2-5,5 proc. To dodatkowy element umożliwiający Radzie Polityki Pieniężnej obniżenie stóp. Prawdopodobnie ostatnie na czas dłuższy z powodu kłopotów budżetu. Dane o dynamice produkcji przemysłowej (17.08), które będą dalej złe, też powinny dać impuls do obniżki i to mimo przedwyborczego terminu posiedzenia rady.
Sytuacja techniczna indeksów daleka jest od jednoznaczności. Lekki optymizm i wypatrywanie podwójnego dna można w sobie wzbudzić jedynie na podstawie WIG 20. Piątkowe zachowanie indeksów w USA pomoże w poniedziałkowym wzmocnieniu tego obrazu rynku. Prawda jest taka, że brakuje trzeciej fali (wzrostowej) korekty spadków. Równie eleganckim rozwiązaniem byłby teraz wzrost do 1200 pkt, który kończyłby korektę i rozpoczynał ostatnią falę spadkową. Przebicie 1116 pkt pogrążyłoby rynek w dalszych spadkach w kierunku 1000 pkt. Indeks cenowy nie wygląda już tak optymistycznie. Wszelkie wsparcia zostały przełamane, a indeks jest wyraźnie w drodze do dolnego ograniczenia kanału około 11 proc. niżej. Podobnie WIG przełamał wsparcie na 12 800 pkt (to teraz opór) i otworzył okno bessy. Nie wspominam już o długoterminowym spojrzeniu na WIG, gdzie sytuacja jest dramatyczna. Te ostatnie dwa indeksy wyglądają bardzo źle.
Dołek na indeksach powinien nastąpić pod koniec roku, po drugiej nowelizacji budżetu i znacznym osłabieniu złotego. To nie jest koniec spadków. Ten tydzień to jednak wyczekiwanie na posiedzenie RPP i Fed.


