Grzegorz Siewiera: Informatyka podejmuje walkę z piracką banderą
SZKODLIWA NIEWIEDZA: Oprogramowania nie można sobie tak po prostu przegrać z jednego komputera na drugi — przypomina Grzegorz Siewiera. fot. Henryk Milczarek
Piractwo komputerowe znajduje się w rozkwicie. Pojawianie się nowych technologii — takich jak Internet czy standard muzyczny MP3 — jedynie zwiększa skalę i zasięg tego zjawiska. Nielegalne działania w obszarze oprogramowania można pogrupować następująco:
- wykonywanie dodatkowych kopii;
- instalacja na twardym dysku sprzedawanego komputera nielegalnych kopii, stanowiących zachętę dla nabywcy;
- fałszowanie oprogramowania w formie stwarzającej wrażenie legalności produktu;
- wczytywanie oprogramowania poprzez BBS (Bulletin Board Systems);
- naruszanie warunków licencji poprzez zwiększanie liczby stanowisk wykorzystujących oprogramowanie;
- wykorzystywanie kodu programu bez zgody właściciela.
POWODEM szerzenia się pirackiego procederu są oczywiście gigantyczne pieniądze. Szacunki — dotyczące tylko oprogramowania — mówią o wielomiliardowych stratach, ponoszonych corocznie przez firmy informatyczne. Oczywiście liczba nielegalnych kopii przewyższa liczbę nie sprzedanych licencji, jako że wielu indywidualnych użytkowników — otrzymujących je darmo lub za symboliczną opłatą — nie byłoby w stanie wyłożyć za produkt oryginalny równowartości miesięcznych zarobków.
INACZEJ rzecz ma się z przedsiębiorstwami, w których kopie pirackie stanowią około 60 proc. wszystkich używanych programów. Najlepsza sytuacja istnieje w grupie takich instytucji, jak banki, firmy ubezpieczeniowe czy urzędy administracji państwowej. Znacznie gorzej pod względem legalności oprogramowania prezentują się małe przedsiębiorstwa prywatne. Ponieważ wydatków na zakup sprzętu nie da się im ominąć, zatem przynajmniej oprogramowanie starają się „pozyskać”, upatrując w tym sposób obniżenia kosztów. Charakterystyczne, iż szefowie niektórych firm przyzwalają na działania pracowników w tym kierunku.
CZĘSTYM powodem pirackiego rozsiewania produktów informatycznych jest przekonanie, iż oprogramowanie można sobie tak po prostu przegrać z jednego komputera na drugi lub zainstalować je na wszystkich stanowiskach w firmie po zakupieniu pojedynczej licencji. Bywa i tak, iż — mimo dobrych chęci i praworządności kadry zarządzającej — brakuje metod i mechanizmów kontrolowania, co jest legalne, a co nie. W wielu małych i średnich przedsiębiorstwach tylko pracownik orientuje się w zawartości własnego komputera, instalując tam programy służące np. rozrywce. Taka sytuacja jest niebezpieczna dla właścicieli i szefów, albowiem to oni odpowiadają za legalność oprogramowania w całej instytucji.
AKTYWNA organizacja BSA (Business Software Alliance) — zrzeszająca takich potentatów jak Microsoft, Symantec, Novell czy Lotus — pomaga także polskim władzom podejmować działania przeciwko komputerowym piratom. Coraz częściej słychać o kontrolach, dokonywanych przez policję wraz z prokuraturą w prywatnych firmach. Sankcje za złamanie prawa są poważne — kodeksowa odpowiedzialność karna oraz odszkodowanie dla firm, których oprogramowanie było nielegalnie używane. Do sprawy może się włączyć także urząd skarbowy, uznając nielegalne oprogramowanie zaÉ aktywa nie ujęte w bilansie firmy.
NIEMIŁYM niespodziankom można zapobiegać poprzez bieżącą kontrolę posiadanych komputerów, najlepiej dokonywaną przez firmowego informatyka. Należy także bezpiecznie przechowywać wszelkie umowy licencyjne. Kolejnym posunięciem jest wprowadzenie absolutnego zakazu samodzielnego instalowania programów przez pracowników. I jeszcze jedna ważna rada — omijać podejrzane „okazje” zakupu sprzętu z pełnym oprogramowaniem zawartym w cenie komputera. Chyba, że chcemy mieć kłopoty.
Grzegorz Siewiera jest prezesem firmy Laser Systemy Informatyczne SA w Łodzi