Rozpoczynający się w czwartek w Brukseli szczyt Rady Europejskiej będzie kluczowy dla rozwiązań personalnych na kadencję 2009-14. Najprostsze będzie przyklepanie wystawionej przez Europejską Partię Ludową kandydatury José Manuela Barroso na ponowne przewodnictwo Komisji Europejskiej (KE). Premierzy Donald Tusk i Silvio Berlusconi będą w kuluarach lobbować za swoimi faworytami, Jerzym Buzkiem i Mario Mauro, na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego (PE). Ale chyba jeszcze ważniejsza jawi się przymiarka do tek komisarzy.
Dopóki traktat z Lizbony wisi w próżni, każdemu państwu przysługuje jeden komisarz. Unijny rząd został sztucznie rozdmuchany do 26 resortów, zatem kwestią strategiczną staje się zdobycie takiego, który będzie dla Polski naprawdę ważny. Bezdyskusyjna pozostaje wyższość takich jak "sprawy gospodarcze i walutowe", "przedsiębiorstwa i przemysł" czy "programowanie finansowe i budżet" nad "stosunkami zewnętrznymi i polityką sąsiedztwa" lub… "wielojęzycznością".
Na krótkiej liście kandydatów z Polski znajduje się troje europosłów: Janusz Lewandowski, Jacek Saryusz-Wolski i Danuta Hübner. Dotychczasowa komisarz raczej teoretycznie, albowiem została przez PO wynajęta do pociągnięcia wyborczej listy, zrobiła swoje i może odejść — już nie do siedziby KE przy rondzie Schumana, lecz do PE. Dla nas oczywistością jest wystawienie Janusza Lewandowskiego, bynajmniej nie dlatego, że to stały felietonista "PB" pisujący na tej stronie. Dzisiaj jeszcze głośniej powtarzamy argumentację z końcówki 2006 r., gdy wewnątrz PO toczyła się rozgrywka o przewodnictwo jedynej komisji PE. Zamiast przedłużyć Lewandowskiemu szefowanie Komisji Budżetu, Donald Tusk postawił wtedy
na kierowanie przez ambitnego Saryusza-
-Wolskiego fasadową Komisją Spraw Zagranicznych. Ale był jedynie przewodniczącym partii, dzisiaj z pozycji szefa rządu nie ma chyba wątpliwości, które teki komisarzy są naprawdę ważne…
Jacek Zalewski