Inwestor gwiżdże na wieszczów

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 2016-12-19 22:00

Marsz kapistów rusza naprzeciw demonstracji narodowych bohaterów, ułanów i Kossaków. Nieważne, co jest na obrazie — ważne, jak namalowane.

Dziełom ku chwale narodowego oręża należą się, owszem, ramy godne i złote, ale na tym koniec hołdów, bo zarobić można równie dobrze na malarstwie tradycyjnym, a jednocześnie wolnym od wyzwoleńczych historii. Chociaż trudno sobie wyobrazić, żeby na narodowościowe wątki zgasł popyt, planując inwestycję, warto wybiec myślami poza horyzont brudnej w kolorach, bitewnej panoramy. Zwłaszcza że za nieboskłonem czekać mogą niedoszacowane na rynku bajkowe pejzaże — soczyste i pastelowe, różowe od słońca i beztroskie. Dzieła tzw. kapistów nie niosą żadnych podniosłych treści, dlatego muszą walczyć cenami — ze wszystkimi szwoleżerami w natarciu, kirasjerami w odwrocie i ułanami, którzy poją konie.

DOBRY OVERNIGHT:
DOBRY OVERNIGHT:
Nocny pejzaż to nokturn — taki z Paryża, autorstwa Jana Szancenbacha, licytowany będzie w Artissimie od 28 tys. zł.
ARTISSIMA

Komitet kapistów

Kiedy Marthe zmarła, Bonnard postawił ołówkiem krzyżyk w kalendarzu. Malował ją tyle razy w wannie, owiniętą ręcznikiem, na tle łazienkowych kafelków, że wyczerpał chyba całą gamę wrzosowych fioletów, jaskrawych pomarańczy, niebieskawych szarości czy cytrynowych odcieni światła. Na jednym z ostatnich obrazów namalował szerokie okno z widokiem na ogromny krzew mimozy — twarz Marthy zauważa się po chwili, bo to żółty zarys w dolnym rogu. Nastrojowe prace Pierre’a Bonnarda wyceniane bywająw milionach dolarów, więc próżno szukać ich na krajowych aukcjach — tych konkretnie, bo po trochu da się je znaleźć w innych, bardziej dostępnych obrazach.

O francuskich galeriach i bliskiej relacji z Bonnardem opowiadał swoim studentom właśnie rodzimy malarz Józef Pankiewicz — tak namiętnie, że nastawieni na podróż założyli w latach 20. tzw. Komitet Paryski, od którego wzięła się nazwa kapiści. Nurt, który rozwijali, to natomiast koloryzm — wolność i niepodzielne królowanie plamy barwnej nad wszystkim: tematem, formą, kreską. Woda w zatoce mogła być ostro różowa, a twarz Marthy w kolorze kwitnącej mimozy.

Jan Cybis — którego obrazy kosztowały w tym roku według Artprice średnio 33 tys. zł — malował fakturowo, zostawiając szorstkie ślady pędzla. Zygmunt Waliszewski — z rekordem 52 tys. zł zanotowanym w marcu — wybierał bogate, mięsiste zestawy kolorów, a coraz rzadziej widywany na aukcjach Józef Czapski podporządkował trochę barwy treści. Koloryści z międzywojnia ciągle mierzyli się z zarzutami, że społecznie są kompletnie niezaangażowani, ale lewicowe ataki najwyraźniej nie podołały, bo w latach 50. przedwojennych kapistów zasiliła druga, świeża generacja — a z nią Jan Szancenbach.

Nokturn w portfelu

Przeciętna aukcyjna cena za obraz Szancenbacha wyniosła w tym roku niecałe 19 tys. zł, czego nawet nie sposób zestawić z wynikami francuskich pionierów nurtu, mimo niektórych podobieństw na płótnie. Malował tak, jakby nie obchodziły go wzorniki wygodne dla oka, nasycał czerwienie do granic, rozświetlał, dodawał kolejne odcienie na obrus, ścianę, rozkrojone arbuzy, wszędzie. Żywe w kolorach martwe natury i widoki powstawały jednak zupełnie współcześnie, a nie w latach 20., dlatego autor konsekwentnie musiał odpierać krytykę, że tkwi w nurcie sprzed dziesięcioleci, zamiast iść z duchem czasu i zająć się abstrakcją.

Od późniejszych lat 50. farbę najchętniej po prostu rozbryzgiwano, później — wręcz przeciwnie — wykreślano idealnie równe linie figur geometrycznych, natomiast zupełnie tradycyjny paryski krajobraz Szancenbacha wystawiony jest na aukcję z ceną 28 tys. zł, a powstał w latach 90. W domu aukcyjnym Artissima licytowany będzie we wtorek 20 grudnia i kolorystycznie wyróżnia się z oferty, mimo że to nokturn, czyli pejzaż nocny.

Paryski widok utrzymany jest w ciemnych, atramentowych kolorach, z blikami pomarańczowego światła i różowiejącą łuną nad miastem — dolce vita i feeria czerwieni? Niekoniecznie. Obraz powstał w późnym okresie twórczości, na dwa lata przed śmiercią malarza i już po odejściu jego żony, wraz z którym na wiele miesięcy przestał tworzyć.

Nie wiadomo, w jakim tempie paryski nokturn może drożeć, ale z pewnością będzie inny w odbiorze niż niosące wojaków konie, szczególnie dla kolekcjonerów pokolenia Y, wchodzących dopiero w rolę. Dorobek idącego pod prąd Szancenbacha — o ironio — będzie koił nieobeznane oczy, bo widok z wieżą Eiffla to znacznie lepszy materiał na tweeta niż pole bitwy, na którym nie do końca wiadomo, w jakich kolorach są nasi, a w jakich nieproszeni goście.