Inwestorzy nadal unikają walorów Banku Millennium

Przemek Barankiewicz
opublikowano: 2003-07-28 00:00

Hossa na warszawskim parkiecie całkowicie ominęła papiery Banku Millennium. W ten sposób rynek reaguje na niedotrzymanie obietnic prezesa Bogusława Kotta, który pod koniec ubiegłego roku zapowiadał, że efekty restrukturyzacji będą widoczne już na początku 2003 r. Efektów nie widać i będzie tak jeszcze przez co najmniej kilka kwartałów. Kadencja prezesa kończy się w sierpniu, ale jego pozycja w spółce wydaje się niezagrożona.

Choć wyniki banku nie są tak imponujące jak chociażby najwyższe w sektorze wynagrodzenia zarządu, te ostatnie tłumaczy zdolność Millennium do pozyskiwania intratnych kontraktów. Nie przypadkiem spółka znalazła się w jednym z konsorcjów walczących o finansowanie odbudowy Iraku. Obok korzyści materialnych (arabskie inwestycje pochłaniać powinny 100 mln USD miesięcznie), poprawia to prestiż banku.

Czy jednak Millennium podoła nowemu wyzwaniu? Spadek wielkości udzielonych kredytów (chociaż ciągle są one o 9 proc. wyższe niż przed rokiem) sugeruje, że bank trafia na ograniczenia w rozwoju dynamicznej do niedawna akcji kredytowej. To rezultat zaniedbania depozytów, które w ciągu roku spadły o 6 proc. Bardzo wolno rośnie liczba rachunków ROR, a w dziedzinie bankowości internetowej bank dopiero raczkuje (plany 50-70 tys. e-kont na koniec roku wydają się nierealne). Panaceum ma się okazać emisja obligacji detalicznych o wartości aż 5 mld zł.

Portugalski BCP, główny udziałowiec banku, oficjalnie nie chce wycofywać się z inwestycji. Właściciel ciągle jednak określa Millennium jako „bank wymagający restrukturyzacji”. To oznacza, że nie oczekuje szybkiej poprawy kondycji polskiej spółki. Od tego roku Portugalczycy konsolidują rezultaty Millennium i na jego problemy będą spoglądać z coraz większą niecierpliwością.

Od II kwartału zysku PZU nie księguje natomiast bank Bogusława Kotta, co błyskawicznie odbiło się na wynikach. W I kwartale ponad 80 proc. z 30 mln zł zysku netto pochodziło właśnie z zysku ubezpieczyciela, w którym Millennium ma 10 proc. udziałów. Brak „zastrzyku” w ostatnim kwartale przyczynił się do obniżki zysku do 4 mln zł. „Nad kreskę” bank wyszedł już tylko dzięki sprzedaży Polcardu, która poprawiła wynik o 30 mln zł. Brak dodatkowych źródeł dochodu — przy nieustannie kurczących się marżach i niższych przychodach z prowizji — oznacza konieczność reanimacji akcji kredytowej. Przy obecnej kondycji klientów niesie to ze sobą ryzyko wzrostu rezerw na złe kredyty. Ich saldo spadło w I kwartale do 12 mln zł, by w ostatnich trzech miesiącach ponownie wzrosnąć do 35 mln zł.

Obniżka CIT do 19 proc. spowoduje jednorazowy niekorzystny efekt związany z przeszacowaniem aktywów podatkowych. W przypadku Millennium operacja będzie miała niewielki wpływ na tegoroczny wynik (DI BRE szacuje, że obniży ona rezultat netto o 16 mln zł wobec sześciokrotnie większej kwoty w przypadku Banku Handlowego).

Średnioterminowe cele banku przewidują zwrot z kapitałów własnych na poziomie 20 proc. i spadek wskaźnika koszty/dochody poniżej 60 proc. w 2005 r. Obecnie nie widać szans na realizację tych założeń. Wskaźnik ROE nie przekracza nawet 4 proc. Chociaż Millennium ogranicza koszty (w ciągu roku spadły o 12 proc.), niskie dochody wywindowały wskaźnik koszty/dochody do 89 proc. Trudno znaleźć gorszy wynik w całym sektorze. Redukcja kosztów zresztą też nie zadowala, bo cięcie etatów o 20 proc. przełożyło się na dwukrotnie niższy spadek kosztów osobowych. Spada także kwota amortyzacji po wydatkach związanych z systemem IT.

Stabilny kurs, strumień dywidend i przewidywalność — to czynniki, które skłaniają inwestorów do kupna akcji banków. W przypadku Millennium trudno o jakikolwiek z tych elementów. Ostrożniejsi gracze powinni więc poczekać na pierwszy, naprawdę udany kwartał spółki. W krótszym terminie bank może jednak nadrobić część strat do sektora. Potencjał spadkowy wyceny, która od kwietniowego szczytu straciła 12 proc. przy takim samym wzroście wskaźnika WIG-Banki, jest znacznie ograniczony.