Inwestorzy w Europie niechętnie handlują akcjami

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-04-28 00:00

Poniedziałkowa sesja w USA była trochę dziwna. Widać było, że inwestorzy zupełnie nie wiedzą, co mają robić. Dane z rynku nieruchomości były znowu doskonałe, bo sprzedaż nowych domów znacznie wzrosła (kolejny rekord). Amerykanie widzą, że zbliża się koniec polityki niskich stóp procentowych i chcą wykorzystać nisko oprocentowany kredyt hipoteczny.

Do raportu indeksy lekko rosły, ale potem szybko przeszły na minusy. I wydawało się, że to jest logiczne zachowanie, bo inwestorzy postępują zgodnie z zasadą im lepsze dane, tym gorzej dla akcji (rosną rynkowe stopy procentowe). Jednak akurat w poniedziałek rentowność obligacji spadała. I trudno się dziwić, bo przecież te dane wcale nie zapowiadały wzrostu stóp procentowych. Pod koniec sesji byki zaatakowały, ale końcówka nie była ich wygraną. Sesja jednak nie zmieniła obrazu technicznego rynku i nadal najbardziej prawdopodobne jest, że indeksy wejdą w trend horyzontalny.

Wczoraj rynek czekał na podawany przez Conference Board indeks zaufania konsumentów. Reakcja była trudna do przewidzenia, bo dobre dane podniosą stopy procentowe, a złe będą rodziły obawy o trwałość ożywienia. Tym razem dane z rynku nieruchomości nie powinny wpłynąć na rynek akcji. Zapewne kierunek indeksom pokazały wyniki spółek, ale nie oczekiwałem żadnych istotnych zmian w obrazie rynku.

Wczoraj inwestorzy w Eurolandzie też nie wiedzieli, co mają robić. Czy grać pod dobre dane makro, czy wręcz przeciwnie, bo dobre dane wywołują zniżki indeksów. W tej sytuacji ostrożnie reagowano na wyniki spółek i wyczekiwano na to, co zrobi rynek amerykański. Indeksy prawie się nie zmieniały. Podobne niezdecydowanie może wystąpić i dziś, bo nie ma żadnych danych makro. Jest za to kilka wyników większych spółek, ale to chyba za mało, by wyraźnie poruszyć rynkami.

W Polsce jest po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej, ale rozpoczyna się trzydniowy okres wyludnienia Warszawy. Pisałem w komentarzu tygodniowym, że ten exodus jest zupełnie wyjątkowy, a przecież centrum finansowe Polski jest właśnie w Warszawie. To musi się odbić na obrocie, a co za tym idzie — możliwy jest zarówno całkowity marazm, jak i gwałtowne, chwilowe spekulacyjne ruchy kursów.

Nasz rynek wczoraj wyglądał słabo, a sztuczne podciągnięcie na koniec sesji miało za zadanie tę słabość ukryć. Wyraźnie podążaliśmy za rynkiem węgierskim, gdzie indeks spadał czwartą sesję z kolei. Na giełdach regionu zapowiada się nieszczególne przyjęcie Unii Europejskiej. U nas były spółki, na których można było zaobserwować zaskakująco duży obrót. Czyżby inwestorzy dopiero się obudzili, że od dziś już nikogo nie będzie w Warszawie? Było to nieco dziwne, bo rynki finansowe zazwyczaj wyprzedzają to, co może się wydarzyć. Decyzja RPP o zaostrzeniu nastawienia do restrykcyjnego nie była zaskoczeniem, a reakcja rynku pokazała, że była już zawarta w cenach akcji. Od chwili podania komunikatu na giełdzie zapanował prawdziwy marazm.

Mam wrażenie, że od dzisiaj z każdym dniem trudniej będzie coś sensownego o naszej giełdzie powiedzieć. Obroty powinny spadać, a mała aktywność rynku nie sprzyja wzrostom indeksów. Może się okazać, że zakończenia sesji będą przypadkowe. Na małym obrocie reakcje na ważne wydarzenia mogą być wyolbrzymione albo wykrzywione. Szczyt gospodarczy nie przysłuży się dobrze GPW. Co teraz robić? Zapewne nic, o ile nie pojawi się większy obrót. Można nadal walczyć na rynku małych spółek.

Indeks cenowy od czwartkowego spadku do wczoraj rósł i bił rekordy. Jeśli chodzi o główne wskaźniki, to linia trendu średnioterminowego na WIG20 została naruszona, ale jeszcze się broni. Ostatnią nadzieją jest lepiej oddająca sytuację na rynku linia trendu na WIG (24 200 pkt). Byki muszą jej bronić, bo przełamanie oznaczałoby, że na długo zapomnielibyśmy o rekordowych notowaniach indeksów.