Rynki wschodnie wciąż pozostają zagadką. Tyle że za jej rozwiązanie czeka pokaźna nagroda biznesowa.
Ot, polski Balcerowicz. Jednak Jegorowi Gajdarowi przyszło reformować ponad cztery razy większy rynek, dodatkowo skażony komunizmem. Po kilkunastu latach największy kraj Europy stał się dla niej celem biznesowym. Okazuje się, że w rublach też można zarabiać. Do Gajdara przylgnęło określenie „ojciec rosyjskich reform”. Ale nawet dla ojca jego ekonomiczne dziecko wciąż pozostaje zagadką.
— Kiedy w 1999 r. zaczął się rosyjski boom ekonomiczny, a rok później podobny na Ukrainie, dla każdego było to wielkie zaskoczenie — mocnym akcentem zaczął wystąpienie na konferencji „Możliwości dla polskich przedsiębiorców na rynku rosyjskim i ukraińskim”, zorganizowanej przez „Puls Biznesu”.
Potem specjalny gość „PB” powoli ważył słowa, oceniał własny kraj z dystansem.
Rynkowa niespodzianka
Dla niego, jak także dla rzeszy ekonomistów, w 1998 r. stało się jasne, że zmarnowano szansę na zmiany. Tymczasem kilka miesięcy później wskaźniki ekonomiczne nieoczekiwanie zaczęły marsz w górę.
— Historia lubi się powtarzać. Pamiętam, jak w 1991 r. uczestniczyłem w Polsce w konferencji zatytułowanej bardzo pozytywnie, czyli „Przegrana szansa” — przypominał ekonomista.
Innym razem wstępował w niego racjonalny polityk. Nie padały nazwiska i stanowiska, ale sugestywne przykłady.
— Za czasów radzieckich zachodziliśmy w głowę, po co nam tyle czołgów, skoro na sklepowych półkach pusto. Dziś władza zastanawia się, po co szefom koncernów naftowych tyle pieniędzy, skoro z łatwością przejadłby je budżet — mówił Jegor Gajdar.
Jako biznesowy strateg zapewniał: w perspektywie trzech lat trzęsienia ziemi w ukraińskiej i rosyjskiej gospodarce nie będzie. Długofalowo, zagrożeń nie brakuje. Rosja nie jest przygotowana na nagły spadek cen ropy czy gazu. Ukraina wciąż nie wie, dokąd zmierzać. Ale inwestycji przybywa, bo kuszą niskie koszty, rosnące rynki zbytu i korzystne systemy podatkowe.
Rosja i Ukraina to szósty i ósmy partner handlowy Polski. Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby nie oceny bezpieczeństwa eksportowego.
— W naszych ocenach Rosja i Ukraina wypadają bardzo słabo — przyznawał Sławomir Grzelczak, wiceprezes Dun & Bradstreet Poland.
Bardzo słabo oznacza pięć w siedmiostopniowej skali. Potrzeba więc jak największej ostrożności.
— A co z dobrymi danymi makroekonomicznymi tych państw? — pytano z sali.
Szybka riposta: owszem, sytuacja gospodarcza w Rosji i na Ukrainie poprawia się, niektóre wskaźniki gospodarcze są znacznie lepsze niż w Polsce. Tylko co z tego, skoro u naszych sąsiadów do gospodarki tak bardzo miesza się polityka. Dlatego z 25 państw Europy Środkowo-Wschodniej Rosja znalazła się na 19., a Ukraina na 17. miejscu w rankingu bezpieczeństwa inwestycji. Eksperci mówią wprost: zanim zainwestujesz na Wschodzie, dobrze się zastanów. I przygotuj się na biurokratyczne trudności.
— Wskaźniki przyzwolenia na zachowania korupcyjne są u naszych sąsiadów bardzo wysokie —zaznaczał Sławomir Grzelczak.
Przeszkodą i niespodzianką mogą być też lokalne zwyczaje biznesowe i różnice kulturowe. Zwyczajowe opóźnienia w płatnościach w eksporcie do Rosji wynoszą kilka miesięcy. Rosyjscy odbiorcy tradycyjnie opóźniają przekazanie należności o dwa-trzy miesiące.
Wciąż ten zły
Kolejne trzy miesiące zwłoki wynikają z ograniczeń tamtejszego systemu bankowego.
— Na Ukrainie zwyczajowo nie podpisuje się umów o pracę, a okres wypowiedzenia wynosi dwa tygodnie i nie ma większych problemów, żeby go skrócić — mówił Aleksiej Krokos, dyrektor ds. rozwoju w Infovide-Matrix.
Ten urodzony jeszcze w Związku Radzieckim menedżer sypał przykładami lokalnej specyfiki, po których zebrani robili wielkie oczy. Prawda podstawowa: na Ukrainie i w Rosji prywatny przedsiębiorca to ciągle „ten zły”, uciskający robotników. Ale jest i druga strona medalu: ukraińskich biznesmenów przybywa, bo jeśli ma się kapitał, można go łatwo pomnożyć.