Inżynieria płaszcza

Agata Ałykow
opublikowano: 2006-09-27 00:00

Stawiać domy czy szyć ciuchy? Na to pod koniec lat 80. musieli sobie odpowiedzieć Wiesława i Zbigniew Sadowscy z Wrocławia. Wybrali modę.

Stworzyli firmę Saska, dziś potentata w dziedzinie luksusowych okryć.

— Na przełom lat 80. i 90. przypadał złoty okres dla krajowych firm odzieżowych. Sprzedawało się niemal wszystko, bo półki sklepowe świeciły pustkami, a klienci szukali atrakcyjnych ubrań. Wtedy nikt nie zwracał uwagi na jakość wykończenia czy zgodność stroju ze światowymi nurtami — wspomina Zbigniew Sadowski.

Oboje z żoną wiedzieli, że wiele ryzykują, ale uznali, że to najlepszy moment. Zbigniew, inżynier budowy ciężkich maszyn górniczych, zrezygnował z etatu w renomowanym biurze projektów. Wiesława, mimo dyplomu architekta, nie miała zamiaru projektować domów. Zawsze szyła ubrania dla siebie i koleżanek. Były oryginalne i przykuwały wzrok. Jak twierdzi, studiowanie projektowania ubiorów było jednak zbyt uciążliwe ze względu na fatalne drogi i połączenia kolejowe między Wrocławiem i Łodzią, gdzie znajduje się uczelnia o takiej specjalności.

Prosto i szybko

Zaczynali od sprzedaży ręcznie malowanych sukien z bawełny.

— Udało się nam nawet opracować metodę nakładania farb, by nie traciły koloru w czasie prania. Rozprowadzaliśmy suknie we wrocławskich butikach i galeriach sztuki. W miesiąc zaledwie kilka sztuk — opowiada Zbigniew Sadowski.

Ich styl pracy przypominał dziewiętnastowieczną manufakturę. Mieli jedną amatorską maszynę, wystaną przez całą noc w kolejce.

Przełomowy okazał się 1991 r. Wtedy zarejestrowali firmę z prawdziwego zdarzenia, wynajęli pomieszczenia w centrum miasta i zatrudnili pierwszych pracowników. Podzielili się obowiązkami. Wiesława zajęła się projektowaniem strojów oraz stroną konstrukcyjną i technologiczną, Zbigniew — zarządzaniem, skończył nawet dwuletnie podyplomowe studia zarządzania i otrzymał dyplom renomowanej Ecole Centrale w Paryżu.

Najważniejsze było opracowanie własnej technologii szycia i konstruowania ubrań. A brakowało nie tylko fachowców, ale także podręczników do nauki zawodu. Właściciele Saski uczyli się wraz z załogą na własnych błędach. Trzeba też było kupić nowoczesne maszyny krawieckie, bo rosła konkurencja i wymagania klientów.

Postawili na krawiectwo ciężkie, czyli najtrudniejsze. W krótkim czasie ich płaszcze i kurtki zdobyły uznanie klientek. Nosiły je żony polityków, biznesmenki, artystki. Często mogli zobaczyć swoje stroje w telewizji podczas publicznych uroczystości i w pismach dla kobiet.

— Pokazywaliśmy się także na krajowych targach branżowych. W Poznaniu co roku mieliśmy własne stoisko. Jeździliśmy do Paryża i Mediolanu na pokazy strojów oraz tkanin — opowiada Zbigniew Sadowski.

Wiele razy prezentowali też swoje kolekcje na pokazach mody w Polsce i za granicą. Najbardziej prestiżowy to ten, w którym uczestniczyła amerykańska topmodelka Naomi Campbell. Odbył się w Sali Kongresowej pod koniec lat 90.

Chiński zalew

W pewnym momencie krajowe firmy odzieżowe musiały sprostać zalewowi chińskich ubrań z gorszych tkanin i źle wykończonych, ale za to tanich. Ta konkurencja, a także malejące dochody klientów spowodowały, że zyski polskich firm zaczęły topnieć. Właściciele Saskiej postanowili szybko dostosować się do nowej sytuacji. Zamknęli zbyt kosztowne w utrzymaniu sklepy firmowe w centrach handlowych Wrocławia i Warszawy. Zreformowali kanał dystrybucji — podpisali umowy z ponad setką niezależnych odbiorców.

— Dzięki temu możemy elastycznie reagować na potrzeby rynku, eliminując zbędne obciążenia finansowe. Docieramy do najdalszych miejsc w kraju — mówi Zbigniew Sadowski.

Firma zmieniła też system realizowania zamówień i poszerzyła ofertę. Oprócz płaszczy i sukni wieczorowych proponuje też sukienki, kostiumy i żakiety. Szyje jednak tylko to, co z jej oferty najbardziej podoba się odbiorcom.

— W ten sposób eliminujemy straty. Jeśli jest taka potrzeba, możemy uszyć nawet kilka tysięcy sztuk danego fasonu — twierdzi Zbigniew Sadowski.

Dziś firma ma biurowiec i dużą szwalnię, w której powstaje jej chluba, czyli płaszcze z eleganckich tkanin, w większości sprowadzanych z Włoch i Hiszpanii.

— Zawsze stawialiśmy na wysoką jakość, bo tego oczekują od nas klientki. Wiemy, że to odbiorca niszowy, ale stały. Ma wyrafinowany gust i nie kupi byle czego — mówią zgodnie wrocławscy przedsiębiorcy.

Agata Ałykow