Irański atom wykolei hossę

Ajatollahowie sprytnie wykorzystują uzależnienie Zachodu od ropy naftowej

Rynki niemal całą swoją uwagę skupiają na kryzysie w strefie euro i działaniach banków centralnych. Tymczasem na horyzoncie rysuje się inne poważne zagrożenie. To ryzyko zbrojnej interwencji w Iranie. Obawiający się jej skutków inwestorzy kupują ropę. Jeżeli ceny surowca wystrzelą, świat znowu znajdzie się na krawędzi recesji.

Powtórka sprzed roku

Ryzyko geopolityczne zeszło na dalszy plan tylko na kilka miesięcy. Niemal równo rok temu rynki zadrżały na wieść o niepokojach w świecie arabskim. Wtedy rewolucja w posiadającej ósme pod względem wielkości rezerwy ropy naftowej Libii wstrzymała eksport surowca z tego kraju. Inwestorzy obawiali się o rozwój sytuacji w Arabii Saudyjskiej i Algierii. Ceny ropy wzrosły wtedy w niespełna dwa miesiące aż o 20 proc. Większość giełd uzależnionych od importu surowca krajów rozwiniętych nie zdołała na trwałe przebić lutowych szczytów aż do tej pory.

Czas się kończy

Teraz ponownie coraz więcej oczu zwróconych jest na Bliski Wschód. Według różnych źródeł Iran na stworzenie broni jądrowej potrzebuje od 12 do 24 miesięcy. Do tego za wszelką cenę nie chcą dopuścić Izrael i Stany Zjednoczone. Na razie USA stawiają na sankcje gospodarcze. Podejmowanie zdecydowanych decyzji utrudnia im trwająca kampania wyborcza i niechęć elektoratu Baracka Obamy do wojskowego angażowania się za granicą. Jedynie 19 proc. Izraelczyków jest za przeprowadzeniem samodzielnej interwencji, bez oglądania się na Amerykę. Kraj wziąłby wówczas na siebie ryzyko poniesienia ogromnych strat. Sojusznicy spierają się, kiedy powiedzieć Iranowi: stop.

Różnice stanowisk

— Sygnałem do rozpoczęcia akcji wojskowej mogłaby być decyzja ajatollaha Alego Chamenei o rozpoczęciu wzbogacania uranu powyżej używanego do celów cywilnych poziomu 20 proc. — zapewniają przedstawiciele administracji amerykańskiej. Jak jednak przyznają przedstawiciele wywiadów obu krajów, o podjęciu takiej decyzji dowiedzieliby się oni z dużym opóźnieniem. Izraelczycy ostrzegają, że Iran nie wierzy w zdecydowane posunięcia Amerykanów. Dlatego ich zdaniem kraj ten będzie kontynuował program nawet pomimo nałożonych sankcji ekonomicznych. — Tel Awiw, a co ważniejsze również Teheran, nie jest pewien, czy Ameryka zainterweniuje. Dlatego kluczem jest nie tylko mówić, ale również pokazać, że rozważane są wszystkie opcje — wzywa republikanin Mike Rogers, szef komisji do spraw służb specjalnych izby reprezentantów.

Iran spija śmietankę

Niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji już teraz odbija się na rynkach finansowych. W lutym ceny ropy skoczyły o 11 proc. Zakończyły w ten sposób 9-miesięczną korektę. W Polsce paliwa nie tanieją nawet pomimo znaczącego umocnienia złotego. Amerykanie ze zgrozą patrzą, jak ceny benzyny zbliżają się do 4 USD za galon. To znów wzmaga za oceanem obawy przed inflacją. Efekt to ponowne osłabienie dolara i słabnący zapał Rezerwy Federalnej do przeprowadzenia kolejnej operacji skupu obligacji. Gospodarką Iranu sankcje nie wstrząsnęły. Choć lokalna waluta — rial — słabnie (od początku lutego straciła 8 proc., najwięcej na świecie), to jednak rosnące ceny ropy zwiększają dochody z eksportu surowca. Jak oblicza Mirae Asset Securities, wzrost cen ropy przełożył się na 20-procentową zwyżkę przychodów z eksportu. — Iran sprytnie wykorzystuje trwający na półkuli północnej sezon grzewczy i obawy przed zaostrzeniem konfliktu. Wszyscy wiedzą, że nie ma najmniejszych szans, by pozostali producenci ropy wyrównali niedobory, gdyby zabrakło surowca z Iranu — zauważa Gordon Kwan, szef analiz rynków energii w hongkońskim oddziale Mirae.

Węzeł gordyjski

Zdaniem Christopha Eibla z biura Tiberius Asset Management, nawet 20 proc. obecnych cen ropy stanowi premia za ryzyko geopolityczne. Wie o tym administracja Baracka Obamy, która stara się ważyć słowa, by nie prowokować. Jednak bliskowschodni węzeł gordyjski prędzej czy później ktoś przetnie. To, w jaki sposób do tego dojdzie, będzie miało ogromne konsekwencje dla kieszeni inwestorów i konsumentów.

Izrael staje się potęgą

W cieniu izraelsko-arabskiego konfliktu premier Benjamin Netaniahu uczynił z kraju najbardziej dynamiczną gospodarkę regionu. Jeszcze jako minister finansów rozpoczął program prywatyzacyjny i zreformował prawo pracy.

Od tamtego czasu gospodarka rozwijała się średnio 4,2 proc. rocznie. Rządy pod jego przywództwem wzmocniły rynkową konkurencję i zwiększyły dostępność gruntów pod inwestycje. Netaniahu obniżył też deficyt budżetowy, uwolnił kurs szekla oraz wprowadził dwuletni okres budżetowy, za co zebrał pochwały od MFW.

Według MFW, w 2011 r. gospodarka Izraela rozwijała się w tempie 4,8 proc. Bezrobocie wyniosło w czwartym kwartale 5,4 proc., najmniej od 27 lat.

Teraz premier zapowiada, że jego celem jest wyprzedzenie pod względem PKB na głowę mieszkańca należących do największych gospodarek Wielkiej Brytanii i Francji. Jako jedne z nielicznych indeksy izraelskie w poprzedniej hossie przebiły szczyt z 2007 r.

Giełda w Tel Awiwie przyniosła w ostatnich 10 latach najwyższą stopę zwrotu po korekcie o ryzyko ze wszystkich krajów rozwiniętych. Gospodarka zawdzięcza siłę innowacyjności. Z niespełna 8-milionowego kraju pochodzi aż 60 spółek notowanych na amerykańskim rynku Nasdaq. To najwięcej ze wszystkich krajów, poza USA i Chinami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Irański atom wykolei hossę