Menedżerowie, którzy zaczęli robić kariery na początku transformacji ustrojowej, czyli w latach 90. poprzedniego wieku, mają dziś po czterdzieści kilka lat. Są stanowczo za młodzi, by zwalniać tempo lub zjeżdżać na boczny tor. Świetnie dają sobie radę w działaniach operacyjnych.
Jednocześnie dojrzewają do roli konsultantów albo do stanowisk w radach nadzorczych. Czas wyleczył ich ze zbytniej pewności siebie i omnipotencji, która często cechuje dwudziesto- i trzydziestolatków. Ale równocześnie nie zabrał im energii i chęci działania. Tacy szefowie nabrali zdrowej pokory. Zależy im już nie tyle na błyskawicznych sukcesach, ile na tym, by zostawić po sobie jakiś ślad. Choć mają powody do satysfakcji, zdają sobie też sprawę, czego jeszcze nie zdołali dokonać. I to jest ich naturalny napęd.

