Jak internet wpłynął na polski biznes

Jan Kaliński
opublikowano: 2006-09-27 00:00

Zakupy, obsługa konta bankowego, podróże, multimedia i tak dalej... Sieć pomaga — jednym obniża koszty, inni w niej zarabiają.

Rok 1995, Wirtualna Polska — wtedy katalog stron internetowych — rozpoczyna działalność. Rok później Onet (jeszcze jako OptimusNet) uruchamia swoją stronę. Polbox pierwszy udostępnia pocztę elektroniczną. Wszystko to trochę siermiężne — często niedopracowane, a zarazem całkowicie rewolucyjne. Takie były początki polskiego internetu.

Dwie rewolucje

Pierwsza rewolucja internetowa. Tysiące nowych internetowych przedsiębiorstw. Wielomiliardowe fortuny, które rosły jak bańka mydlana… Bańka pękła. Nadszedł przełom wieków i boom się skończył. Załamanie rynku. Niepoliczalne straty także w Polsce.

— Internetowy boom lat dziewięćdziesiątych dla wielu spółek zakończył się spektakularnym upadkiem; dość wspomnieć polski rynek i krach portali Ahoj.pl, Arena.pl czy Yoyo.pl, które po roku działalności były już tylko wspomnieniem — opisuje Michał Tober, kierownik ds. obsługi klientów korporacyjnych biura reklamy Wirtualnej Polski.

Jednak to w latach dziewięćdziesiątych powstawali dzisiejsi giganci, tacy jak Yahoo czy Google, pojawiły się też wówczas przełomowe technologie: Java, telefonia internetowa, RealAudio, WebTV i wiele innych.

— Kilkanaście lat temu firmy internetowe zarabiały przede wszystkim na inwestorach, przejęciach, gwałtownym wzroście wartości spółek. Dziś to się całkiem zmieniło. Zauważmy, że w Stanach Zjednoczonych tylko w pierwszym półroczu 2006 na e-zakupy wydano ponad 80 mld dolarów (dane na podstawie badania ComScore Networks Inc.) — przytacza Michał Tober.

Właśnie teraz jest prawdziwy raj dla podmiotów, które chcą inwestować w internet i zarabiać na nim. Obecny, tzw. drugi boom ma solidne podstawy. Raporty IAB oraz CR Media szacują wartość rynku reklamy internetowej w 2006 r. na 210-215 mln zł.

— Rosną obroty portali internetowych, brokerów reklam, sieciowych sklepów. Prognozy są optymistyczne. Rynek reklamy internetowej rozwija się niezwykle dynamicznie i jego udział w rynku reklamy ogółem ciągle rośnie. Z naszych szacunków wynika, że wartość reklamy w internecie do końca 2006 r. może osiągnąć poziom 200 mln zł, a tym samym ponad 3 proc. wszystkich wydatków reklamowych w Polsce — opisuje Michał Tober.

Portale — czwarte wśród mediów

Internet daje ogromną możliwość tzw. targetowania przekazu. Reklamodawca dostaje informacje, jak skuteczny on był — kto się zainteresował i kliknął na daną formę. Wraz z rozwojem szerokopasmowego internetu coraz popularniejsze stają się reklamy dźwiękowe czy wręcz oparte na streamingu wideo.

Portale ewoluowały z katalogów stron WWW. Jeszcze parę lat temu do portali przyciągały użytkowników wyszukiwarki. Dziś ich udział w przeszukiwaniu polskiego internetu wynosi jedynie około 10 proc. Rynek ten zdominowała firma Google. Światowy potentat. Polska jest dla niego ważnym rynkiem. Wystarczy porównać udział w poszczególnych krajach. W rodzimych Stanach Zjednoczonych uczestnictwo Google wynosi „jedynie” około 50 proc. W porównaniu z 90 proc. w Polsce nie dziwi więc, że to w naszym kraju odbywają się m.in. europejskie premiery nowych usług, takich jak Google Video.

Portale zmieniły się w specjalistyczne platformy komunikacji i informacji. Od lat liczą się dwa największe, istniejące praktycznie od początku polskiego internetu. Za Onetem (9,7 mln użytkowników) i Wirtualną Polską (8,5 mln) są trzy kolejne portale: Interia, o2.pl i Gazeta.pl. Prócz o2 wszystkie portale powiązane są z innymi mediami. Dzięki temu mogą oferować bardzo bogate serwisy multimedialne. Dziś internet nie jest uboższy niż gazety, radio czy telewizja. Ma jedną podstawową przewagę — jest szybszy. Portale, tak jak pozostałe media, zatrudniają zespoły dziennikarzy. Wymaga to znacznych nakładów finansowych, choć portale coraz więcej zarabiają nie tylko na reklamach.

— Na rynku portali dojdzie do fuzji mniejszych graczy z większymi, wzrośnie także konkurencja wobec graczy zagranicznych. Użytkownik będzie skłonny wydawać więcej na treści płatne i będzie spędzał więcej czasu w sieci niż dotychczas — prognozuje Michał Tober.

Tlen i inne

Działalność o2 opiera się całkowicie na internecie. Jako pierwszy w Polsce udostępnił telewizję internetową. Firma stworzyła także wiele autorskich serwisów, takich jak pudelek.pl, i jako jedna z niewielu liczących się powstała już w XXI w. Spółka o2 jest znana głównie dzięki najważniejszej swojej usłudze — komunikatorowi Tlen, który podobnie jak najpopularniejsze dziś Gadu-Gadu zaczynał jako mała indywidualna inicjatywa. Dziś, choć są darmowe, przynoszą zyski. Na początku umożliwiały jedynie rozmowy tekstowe. Teraz są prawdziwymi kombajnami multimedialnymi. Dzięki rozwojowi szerokopasmowego internetu umożliwiają rozmowy głosowe, wideo, wideokonferencje i wiele więcej. Komunikatory stały się podstawą kontaktów korporacyjnych w wielu firmach. Na polskim rynku liczą się dziś trzy — Gadu-Gadu z 5,7 mln użytkowników, Tlen z blisko 1 mln i Skype z 2,8 mln. Ten ostatni ma na całym świecie przeszło 100 mln użytkowników. Popularność zyskał dzięki możliwości tanich rozmów telefonicznych z całym światem. Szczególnie w Polsce ta usługa odniosła sukces. Dlatego zarówno Gadu-Gadu, jak i Tlen szybko wprowadziły taką możliwość. Tlenofon — bo tak się nazywa usługa oferowana przez spółkę o2 — poszedł jeszcze dalej, jako pierwszy umożliwił dzwonienie z telefonu stacjonarnego do użytkowników komunikatora. Za symboliczną opłatę abonamentową użytkownik otrzymywał numer w dowolnej strefie numeracyjnej. Usługa zdobyła wielu użytkowników w firmach, które w ten sposób zmniejszają koszty.

WEB 2.0 w budowie

Ciekawą inicjatywą, która od kilkunastu miesięcy zdobywa ogromną popularność, jest Grono.net. Strona należy do gatunku „social networking”. Według teorii amerykańskiego psychologa społecznego Stanleya Milgrama, między dwiema dowolnymi osobami na Ziemi istnieje ciąg średnio sześciu znajomych. By wejść na stronę, trzeba dostać specjalne zaproszenie od uczestnika społeczności — przyjaciela. Dziś Grono ma już niemalże milion użytkowników. Jest to żywa wspólnota, biorąca udział w dyskusjach na forach na każdy niemal temat, poszukująca znajomych itp. W wielu środowiskach nie na miejscu jest nieznajomość Grona.

Jak się okazuje, stworzenie takiej strony także może być dobrym biznesem. Prócz niewielu reklam zamieszczanych na witrynie, twórcy zarabiają na tzw. gromowładnych — użytkownikach, którzy płacą drobne kwoty, dzięki czemu otrzymują szereg dodatkowych przywilejów.

Grono.net jest przykładem zastosowania tak popularnego ostatnio terminu WEB 2.0.

Jest to też naturalna droga ewolucji stron internetowych. Najlepszym przykładem budowy strony internetowej przez użytkowników jest Wikipedia — encyklopedia internetowa. Tworzą ją internauci na całym świecie, redagując kolejne hasła. Powstały 132 wersje językowe strony. Duże znaczenie ma ona także w polskiej sieci. Po wersji angielskiej, niemieckiej i francuskiej polska ma największą liczbę zredagowanych haseł (prawie 300 tys.). W ciągu zaledwie 6 lat stała się wiarygodnym źródłem informacji. Wiele firm i instytucji dla własnej promocji samodzielnie umieszcza hasła ich dotyczące.

Narodowa specyfika

Popularność takich stron jak Grono i Wikipedia jest dla Polski specyficzna. Krajowi użytkownicy chętnie biorą udział w inicjatywach integrujących. Choć liczba internautów wzrasta w Polsce bardzo szybko (liczba użytkowników internetu w czerwcu 2005 r. wynosiła 9,7 mln, zaś w czerwcu 2006 r. przekroczyła 12,6 mln), to penetracja internetu w krajach Unii Europejskiej jest nadal dwukrotnie wyższa (W Polsce 27,8 proc. mieszkańców jest użytkownikami światowej sieci).

Co jeszcze nas wyróżnia? Popularność rodzimych produktów i usług.

— Nie jest prawdziwe twierdzenie, że polskie portale przegrywają z międzynarodowymi graczami rynku. Gdyby tak było, eBay nie poniósłby sromotnej porażki na polskim rynku (dla zobrazowania: eBay ma niewiele ponad 2 mln użytkowników i niecałe 57,6 mln odsłon, Allegro 6,6 mln użytkowników i ponad 2 mld odsłon). Poza tym mało jest krajów, gdzie występuje tak wiele portali horyzontalnych jak w Polsce — opisuje Michał Tober.

Ten najpopularniejszy polski serwis aukcyjny miał duży wpływ na wiele branż — nie tylko internetowych. Dziś na aukcjach głównymi wystawiającymi swoje towary są firmy, których działalność całkowicie skupiła się na Allegro. Działają tak jak sklepy internetowe — większość towarów sprzedając po stałych cenach (tzw. kup teraz).

— Handel internetowy przeżywa obecnie drugi boom. Nasze statystyki z roku na rok rosną o jakieś 100 proc. w poszczególnych kategoriach. Dla przykładu 2004 r. zamknęliśmy obrotem 851 mln zł, ubiegły rok dał już wynik 1,5 mld zł. Polscy użytkownicy internetu potrafią poruszać się w sieci, a co najważniejsze, kupować i sprzedawać bezpiecznie. Teraz mamy 5 mln użytkowników. Średnio kolejny milion wpada nam w ciągu 3-4 miesięcy — opisuje Bartek Szambelan, rzecznik prasowy Allegro.pl.

E-commerce po polsku

Handel internetowy w Polsce kwitnie. Obecnie 55 proc. internautów kupuje w internecie. Rok temu: 41 proc. W żadnym innym kraju dynamika nie jest tak duża. Powstaje coraz więcej sklepów internetowych (około 1200), w najróżniejszych branżach. Najpopularniejsze, jak Merlin.pl, to prawdziwe molochy dające przykład mniejszym konkurentom.

— Czasem nasze pomysły są po prostu kopiowane. Obserwując inne witryny, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że stanowimy główny punkt odniesienia dla innych prowadzących sklepy w internecie — mówi Mirosława Puszko-Szymańska, wiceprezes Merlin.pl.

Największą liczbę ofert wakacyjnego wypoczynku znajdziemy na stronach firm istniejących tylko w sieci. Coraz więcej Polaków, wybierając się na wakacje, najpierw zagląda do internetu. Biura podróży Travelplanet.pl już przynoszą zyski.

Jednak w polskim e-commerce zdecydowanie przeważa tendencja robienia zakupów na aukcjach internetowych, a nie w sklepach online — 76,7 proc. internautów kupuje na aukcjach, 57,2 proc. w sklepach.

— To również specyficzny dla naszego kraju wynik — zaznacza Bartek Szambelan.

Zauważalna jest swoista moda na robienie zakupów na aukcjach internetowych.

Allegro wywołało ciekawe zjawisko. Wystarczy bowiem jedynie łącze internetowe, by dotrzeć ze swoim towarem w najdalszy zakątek Polski. Wielu internautów postawiło na biznes w sieci. Na przykładzie sprzętu komputerowego widać, jak wielki wpływ mieli na ogólnokrajowy rynek.

Oferując sprzęt elektroniczny po niższych cenach, sprzedawcy internetowi byli ogromną konkurencją dla tradycyjnych sklepów. By sprostać wyzwaniu, i te tradycyjne firmy, które przetrwały, wchodziły na Allegro. Natomiast firmy działające dotąd tylko w internecie, by zaspokoić wymagania klientów (odbiór osobisty, duży magazyn), otwierały swoje filie w realnym świecie. Swoisty paradoks?

Sam serwis zarabia na reklamach, ale głównym źródłem dochodów są skromne prowizje pobierane od każdej transakcji.

— Internet się zmienia i struktura handlu zbliża się do offline: np. coraz mniej elektroniki, coraz więcej innych towarów (np. odzież). Kiedyś prawie wyłącznie mężczyźni deklarowali robienie zakupów w internecie, teraz coraz więcej kobiet — przytacza Bartek Szambelan.