Jak jesteśmy sobie potrzebni

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2003-07-04 00:00

W Międzyzdrojach, na Wakacyjnym Festiwalu Gwiazd artyści, biznesmeni i publiczność czują się wyśmienicie. Jest już gotowa nowa ustawa o kinematografii, więc za parę miesięcy na festiwalu filmowym w Gdyni też będzie wesoło. Zatem przestańmy w końcu ględzić!

„Puls Biznesu”: Widziałem, jak pierwszego dnia festiwalu bardzo późnym wieczorem długo spacerował Pan z Andrzejem Strzeleckim po Promenadzie Gwiazd. Prowadziliście ożywioną dyskusję... O czym?

Waldemar Dąbrowski, minister kultury: O festiwalu właśnie. W tym roku nadzór nad nim przekazałem Andrzejowi Strzeleckiemu, który uczestniczył w tej imprezie od początku i jest głęboko przekonany do sensu tego przedsięwzięcia. Bo sens festiwalu tkwi w jego bardzo konkretnych celach...

- Czyli?

— Po pierwsze: w integracji środowisk artystycznych. Po drugie: w zbudowaniu żywej i dobrej relacji między wielkimi postaciami polskiej kultury — wszystkich dyscyplin — a wakacyjną publicznością. I po trzecie: Festiwal Gwiazd pobudza prorozwojową wyobraźnię mieszkańców Międzyzdrojów. Dzięki festiwalowi powstały w tym mieście całkiem realne przesłanki, które mogą określić charakter miasta i w przyszłości, może nawet źródeł pomyślności dla ludzi tu żyjących. Choćby dom kultury — wspaniale wyremontowany, Promenada Gwiazd — tu się tworzy przecież jakaś kulturalna rzeczywistość... Właśnie o tym z Andrzejem tak długo rozmawialiśmy.

- Coraz głośniej się mówi, że ten festiwal jest słabszy od zeszłorocznego — mniej publiczności, mniej mediów...

— To takie typowe polskie ględzenie! Festiwal jeszcze się nie zaczął, a już słyszałem podobne opinie. Proszę spojrzeć na program: mnóstwo atrakcji i — mówię to po pierwszym dniu — znakomite przyjęcie przez publiczność. Czasami rzeczywiście coś gorzej wypali, bywa... Ale jestem spokojny o efekt całości. Niech pan popatrzy przez szybę, wydostanie się z tego hotelu jest niemożliwe. Tłum na promenadzie — jak zawsze! Czegóż chcieć więcej?

- Andrzej Strzelecki powiedział na konferencji prasowej — z pewnym wyrzutem — że o Międzyzdrojach krążą opinie w stylu: „To nie festiwal gwiazd, tylko Dąbrowskiego”. Kto formułuje takie zarzuty?

— Nikt nie zdobył się na odwagę, by mi to wprost powiedzieć. Czasami słyszałem jednak głosy, że robię festiwal w Międzyzdrojach, by siebie wspomagać. No, mój Boże! Gdyby ktoś wiedział, ile trzeba pracy włożyć — uczciwej i ciężkiej — by wykreować dwa światy tego festiwalu.

- Dwa światy?

— Świat artystyczny — nazwałbym go: programowy — jest dużo łatwiejszy do stworzenia. No i ten drugi świat, czyli sprawy logistyczno-budżetowe przedsięwzięcia w Międzyzdrojach. To wielka operacja, angażująca talenta i wysiłki kilkudziesięciu osób! A w tym roku, tutaj na miejscu — nawet kilkuset! Urządzamy spotkanie dla około 60 tys. widzów. Cztery festiwalowe dni, codziennie po kilkanaście imprez, od rana do nocy. Dla kogoś, kto stoi na czele tej operacji, to morderczy, wyczerpujący wysiłek. Przecież ani mnie, ani Andrzeja nikt i nic nie zwolni z odpowiedzialności za wszystko, co się tu dzieje! Więc gadanie, że robię to, by się lansować czy kreować, jest absurdalne. Żałosne. Szkoda słów...

- Wszyscy uczestnicy wiedzą, po co ten festiwal jest organizowany...

— Chodzi o to, by doprowadzić do wykształcenia czy wzmocnienia poczucia pewnej wspólnoty, bo to w kulturze bardzo ważne...

- No i jak Pan to ocenia po ośmiu latach? Jest lepiej?

— Zdecydowanie! W latach 90. doszło do atomizacji życia kulturalnego i środowisk twórczych, które nie miały przez długi czas wykształconych ani miejsc, ani instytucji pomocnych wzajemnemu przenikaniu się myśli, idei, postaw, nawet zwykłemu koleżeństwu ludzi sztuki. Kiedy tutaj przyjeżdżali na pierwszy, drugi, trzeci festiwal, to rzeźbiarze — osobno, malarze — osobno, aktorzy — osobno itd. Każdy świat osobno!

- A teraz?

— Adam Hanuszkiewicz powiedział do mnie — i to był wielki komplement! — „Pozwoliłeś nam na nowo odkryć się i zrozumieć, jak bardzo się lubimy i jak jesteśmy sobie potrzebni”. A Gustaw Holoubek stwierdził, że w ciągu tych paru dni w Międzyzdrojach spędza z kolegami artystami więcej czasu niż później przez 360 dni w Warszawie. Ta intensywność bycia tutaj jest bardzo istotna, bo — wydaje mi się — w Międzyzdrojach mamy do czynienia z artystycznym przenikaniem zdecydowanie zupełnie innej, wyższej jakości niż na co dzień.

- A co ze światem biznesu? Kiedy pytam naszych przedsiębiorców o sponsorowanie polskiej sztuki, mówią: z chęcią wydalibyśmy pieniądze na sztukę. Nawet dużo. Ale nam się to nie opłaca, nie ma odpowiednich regulacji prawnych, nie ma ulg! Co Pan na to, Panie ministrze?

— Mają rację. Lecz ludzie biznesu powinni wiedzieć, że takie instrumenty można stosować od pewnego poziomu zamożności budżetu państwa. Odpowiadają przecież za miejsca pracy i rodziny osób, które u siebie w firmie angażują, więc doskonale wiedzą, że potrzebne jest pokrycie wydatków na opiekę zdrowotną, społeczną, uczciwe wynagrodzenie tych ludzi. A teraz spójrzmy na to z perspektywy budżetu! Dzisiaj w budżecie jest dramatycznie ciasno! Wierzę, że taka ulga ujrzy światło dzienne jeszcze za mojego życia. Zresztą, proszę pana, mówimy o Polsce, która ma za sobą doświadczenie 14 lat demokracji i gospodarki rynkowej. A ja panu powiem, że jako dyrektor Opery Narodowej w Warszawie miałem około 1 proc. budżetu ze sponsoringu. Covent Garden w Londynie — 7 proc.! Tak że toutes proportions gardées — zachowajmy pewne miary w oczekiwaniach.

- Mamy lipiec. We wrześniu festiwal w Gdyni. Rok temu napomniał Pan polskich filmowców, by przestali się między sobą kłócić, tylko wzięli do roboty i zaczęli produkować dobre filmy! Co Pan im powie w tym roku?

— Myślę, że się sporo wydarzyło — pozytywnym sensie...

- W negatywnym chyba też?

— Pan ma na myśli Rywina?

- Właśnie.

— To niewiele ma wspólnego z filmem. Bolesny przypadek, że akurat człowiek, który... No, w ogóle ta cała jego inicjatywa nic wspólnego z filmem nie miała...

- Ależ...

— Jest on jednak człowiekiem, który — siłą rzeczy — zanurzył środowisko filmowe w aurę tego zdarzenia. Co tu dużo gadać — w aurę paskudną! Mimo tego odnoszę wrażenie, że w tej chwili w środowisku filmowym pojawiło się o wiele więcej zrozumienia wspólnego interesu i że praca, którą wykonaliśmy na rzecz sformułowania tego, co było przez dekadę niemożliwe...

- Czyli nowej ustawy o kinematografii! Właśnie chciałem zapytać: co się z nią teraz dzieje?

— Opuściła ministerstwo i trafiła do konsultacji międzyresortowych. Mam nadzieję, że jeszcze przed wakacjami parlamentarnymi przyjmie ją rząd, a potem zostanie wysłana do laski marszałkowskiej. To będzie właściwie moja najważniejsza wieść dla filmowców. W Gdyni powiem, że teraz trzeba wspólnie myśleć nad nadaniem najlepszego kształtu Instytutowi Sztuki Filmowej — głównej treści tej ustawy.

- Czy coś jeszcze?

— No i, rzecz jasna, przypomnę o potrzebie budowania relacji w obrębie struktur europejskich — bardzo użytecznych z punktu widzenia rozwoju polskiej kinematografii.

- Jest pan chyba dzisiaj jedynym ministrem w rządzie Leszka Millera, na którym nie powieszono jeszcze psów. Pańską dotychczasową działalność jako ministra kultury ocenia się pozytywnie...

— Miłe. Ale wie pan... Trudno mi recenzować kolegów w rządzie, ale mógłbym wymienić całą rzeszę — z jakimiś wyjątkami — naprawdę znakomitych postaci w swoich dyscyplinach. Notowania rządu są rzeczywiście — paradoksalnie — niskie. Ale ten paradoks jest być może oczywisty tylko dla mnie, bo krytyka jest zrozumiała z wielu powodów. Wierzę, że zmienimy to w niedługim czasie.