Po owocach ich poznacie — mówi ciągle niezawodna zasada ewangeliczna. I po owocach poznajemy dzieło naszego Papieża, Jana Pawła Wielkiego. Ale by zebrać tak okazały plon, co najlepiej wie każdy, kto chce cokolwiek stworzyć, na jakimkolwiek podwórku — trzeba się nieźle natrudzić. Tylko zwyczajne nadążenie za Papieżem Pielgrzymem nastręczało wielu problemów — o czym malowniczo zwykł opowiadać Arturo Mari, osobisty fotograf Jana Pawła II — a co dopiero mówić o ogromie Jego pracy.
Nieco światła rzuca na ten obraz Papieża jego przyjaciel, ks. Mieczysław Maliński. Przyjaźń księdza Malińskiego i Karola Wojtyły sięga czasów wspólnych studiów w seminarium. W tych czasach obiecali sobie, iż w posłudze pozostaną prostymi kapłanami. Życie, jak często bywa, chciało inaczej. Szybko dostrzeżony przez metropolitę krakowskiego księcia Adama Sapiehę geniusz młodego kapłana Karola Wojtyły szlifowany był na dalszych studiach w Watykanie i skutkował szybkim wspinaniem się po drabinie hierarchii kościelnej. Pomny umowy ksiądz Maliński, który nie pozostawał w tyle za przyjacielem, przy stosownej okazji nie omieszkał jednak zrobić mu lekkiej wymówki: przecież inaczej się umawiali...
Widzisz — rzekł Papież — to prawda, że tak się umawialiśmy, ale jak zaczyna się działać w jakimś środowisku, organizmie, organizacji — gdziekolwiek — to od razu widzi się konieczność zmian i chce się te zmiany wprowadzić w życie, pozostawić po sobie ślad, odcisnąć piętno. A trudno to osiągnąć, będąc wyłącznie wykonawcą poleceń. Trzeba więc dążyć do tego, by samemu kreować wzorce, postawy, zadania. A że wymaga to pracy? No, cóż.
I tak oto ksiądz Maliński został niejako zmuszony, by zostać wziętym pisarzem, autorem wielu bestselerów, profesorem, dziennikarzem...