Jak to brzmi w polish

Albert Stawiszyński
opublikowano: 21-09-2006, 00:00

Na nic słowa, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają! Zapożyczone wyrazy na stałe zagościły w nazwach polskich firm i produktów.

Jeszcze nie tak dawno zdziwienie wśród niektórych warszawiaków wywołała zmiana nazwy hotelu Polonia na Polonia Palace Hotel. Byli i tacy, którzy pomyśleli sobie, że to kolejny brutalny przejaw wypierania języka polskiego z obrotu gospodarczego przez zapożyczone wyrazy z różnych słowników języków obcych, a przede wszystkim z angielskiego. Często rzeczywiście tak się dzieje, ale z warszawskim hotelem było jeszcze inaczej.

— Polonia Palace Hotel to po prostu jego oryginalna nazwa z 1913 roku. W „Kurierze Warszawskim” z 15 lipca 1913 roku, czyli w dzień po otwarciu hotelu, ukazała się reklama z tą właśnie nazwą. Jest ona integralną częścią naszego logo, dlatego postanowiliśmy wrócić do jej używania — tłumaczy Adam Czekaj, zastępca dyrektora generalnego Polonia Palace Hotel.

Nie wszyscy jednak przedsiębiorcy mogą takim argumentem wytłumaczyć oznaczanie swoich firm czy towarów obcymi wyrazami.

— Z pewnością przesadą jest nadawanie nazw obcojęzycznych małym firmom o zasięgu lokalnym czy nawet krajowym. Dla produktów oferowanych na rynku polskim powinny być używane polskie nazwy — uważa Adam Czekaj.

Dowolność językowa

Kiedy więc przedsiębiorcy mogą stosować zagraniczne słowa w oznaczeniu przedsiębiorstw czy produktów? Zasady te reguluje ustawa o języku polskim.

— Nakaz używania języka polskiego w obrocie prawnym nie obejmuje nazw własnych, a do tej kategorii należy zaliczyć oznaczenie przedsiębiorców. Nie tyczy też znaków towarowych, nazw handlowych oraz oznaczeń pochodzenia towarów i usług — wyjaśnia Aleksander Werner, radca prawny z kancelarii Kalwas i Wspólnicy.

Jeśli przepisy dają przedsiębiorcom zielone światło w kwestii oznaczeń, to nic dziwnego, że z takiej możliwości korzystają. Często z powodów marketingowych promują marki obco brzmiące, które lepiej się kojarzą klientom. Przykładem choćby znak towarowy odzieży Reserved, którego właścicielem jest polska spółka LPP.

Na pewno używanie nazw zapożyczonych z innych języków ma znaczenie dla produktów sprzedawanych na rynkach zagranicznych.

— Wiele polskich słów jest bardzo trudnych do wymówienia dla cudzoziemców, zatem łatwiej używać nazewnictwa zapożyczonego z angielskiego, który jest powszechnie znany na świecie. Nazwa w tym języku lub dodanie słowa „international” pozwala przekazać informację, że firma działa na rynkach międzynarodowych — mówi Adam Czekaj.

Kiedy zakaz

Są jednak sytu-

acje, w których przedsiębiorcy muszą stosować ję-zyk polski. Obowią-zek taki w obrocie z udziałem konsumentów dotyczy w szczególności nazewnictwa towarów (na przykład wyrazu pralka nie wolno zastąpić angielskim washer) i usług, ofert, warunków gwarancji, faktur, rachunków i pokwitowań, jak również ostrzeżeń i informacji dla konsumentów, instrukcji obsługi oraz informacji o właściwościach towarów i usług.

— Przepisy nie wymagają opisu w języku polskim ostrzeżeń i informacji dla konsumentów, instrukcji obsługi oraz informacji o właściwościach towarów, jeżeli są one wyrażone w powszechnie zrozumiałej formie graficznej. Gdy jednak formie graficznej towarzyszy opis, to powinien być sporządzony w języku polskim — tłumaczy Aleksander Werner.

Obowiązek używania języka polskiego w informacjach o właściwościach towarów i usług obejmuje również reklamy.

Inne naruszenia i kary

Jest także druga strona medalu.

— Nazwa firmy, znaki towarowe i inne tego typu oznaczenia — niezależnie od tego, czy mają brzmienie polskie czy obce — nie mogą wprowadzać w błąd konsumentów i naruszać praw innych przedsiębiorców do danej nazwy — mówi Katarzyna Frąc z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Co grozi za niezgodne z prawem używanie obcego nazewnictwa? Grzywna. Z taką karą musi się liczyć ten, kto w obrocie z udziałem konsumentów stosuje wyłącznie obcojęzyczne zwroty, gdy przepisy na to nie pozwalają. Poza łamaniem w ten sposób przepisów przez przedsiębiorców, problem zaczyna być zresztą szerszy.

— Dzisiaj nie jemy już kanapek, tylko sandwicze, pijemy drinki, a nie napoje. To nie tylko zgubne dla polskiej fleksji, lecz bywa także, że wywołuje zdziwienie obcokrajowców — konkluduje Adam Czekaj.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Albert Stawiszyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu