Wyczekiwane od dłuższego czasu wystąpienie Bena Bernankego, szefa Fedu, przyniosło rynkom akcji sprzeczne sygnały dotyczące perspektywy zakończenia QE3. Zupełnie niespodziewanie cios dla rynków akcji przyszedł jednak nie z USA, ale z Państwa Środka. Wstępny majowy odczyt indeksu PMI dla chińskiego przemysłu wskazał spadek poniżej granicy 50 pkt, rozdzielającej ekspansję gospodarki od jej kurczenia się. Prognoza mówiła o utrzymaniu poziomu 50,4 pkt, tymczasem wskaźnik spadł do 49,6 pkt. To wystarczyło, aby zepchnąć azjatyckie giełdy wyraźnie pod kreskę, a najbardziej oberwał japoński indeks Nikkei225, który w ciągu jednej sesji stracił aż 7,3 proc. — był to największy dzienny spadek od dwóch lat. Jednak zdaniem strategów z krajowych biur maklerskich, tąpnięcie giełdy w Tokio oraz rosnące obawy, że Fed przestanie drukować dolary, nie wywoła głębszych i długotrwałych spadków na GPW.

Zachować spokój
Wojciech Białek, główny analityk CDM Pekao, przypomina, że w ostatnich miesiącach Nikkei225 rósł w najszybszym tempie od 50 lat [patrz wykres obok], dlatego inwestorzy szukali pretekstu do realizacji zysków.
— W przeszłości podobne tąpnięcie na japońskiej giełdzie miało miejsce sześciokrotnie i w każdym przypadku po upływie roku indeks był co najmniej 13 proc. wyżej. Historia pokazuje, że nie ma powodów do paniki — komentuje Wojciech Białek, główny analityk CDM Pekao. Podobnego zdania jest Łukasz Wróbel, główny analityk Noble Securities.
— Teza o rozpoczęciu głębszej korekty na GPW jest naciągana. Na razie nie ma powodu do strachu. Z fundamentalnego punktu widzenia tak naprawdę niewiele się zmieniło. Nie obawiam się paniki na giełdach i gwałtownej realizacji zysków na GPW — uważa specjalista Noble Securities. Również zdaniem Artura Iwańskiego, szefa działu analiz DM PKO BP, na razie nie ma powodów do wychodzenia z rynku akcji. Wczoraj WIG20 spadł na otwarciu sesji o 1,6 proc., ale im bliżej było końca notowań, tym straty były coraz mniejsze.
Będzie lepiej
Większość strategów uważa, że w najbliższych tygodniach przełomu na warszawskiej giełdzie nie będzie i dopiero drugie półrocze przyniesie ożywienie.
— Naszym zdaniem, do końca czerwca WIG20 będzie znajdował się w pobliżu poziomu 2300 pkt. W drugiej połowie roku spodziewamy się stopniowego ruchu na północ. Jest szansa, że na koniec roku indeks dobije do 2700 pkt. Zakładamy przy tym, że małe i średnie spółki powinny pozostać relatywnie silniejsze od tych najbardziej płynnych — uważa Artur Iwański, szef analityków DM PKO BP.
— Spodziewam się, że najpóźniej w lipcu pojawią się dane o wychodzeniu gospodarki z dołka. W takiej sytuacji wsparciem dla GPW powinien być przepływ kapitału z rynku obligacji w kierunku akcji. Zakładam, że druga fala hossy wyniesie WIG20 powyżej szczytu z kwietnia 2011 r. [czyli poziomu 2900 pkt — red.]. Końcówka tego roku i początek przyszłego powinny więc upłynąć pod dyktando byków — powiedział Wojciech Białek, główny analityk CDM Pekao. Z największą rezerwą o tegorocznych perspektywach warszawskiej giełdy wypowiada się natomiast Łukasz Kopeć, szef analityków DM Banku BPS.
— Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach WIG20 będzie poruszał się w kanale 2300-2400 pkt. Nie ma przesłanek, dających nadzieję, że do końca roku wyrównamy szczyty osiągniete w styczniu [2634 pkt — red.] — mówi specjalista DM Banku BPS.
Fundusze dały zarobić
Hossa w Kraju Kwitnącej Wiśni przyciągnęła kapitał polskich inwestorów do funduszy japońskich. W kwietniu napłynęło do nich 40 mln zł, od początku roku 76 mln zł. Od połowy listopada ubiegłego roku, kiedy na tokijskiej giełdzie zaczęła się fala zwyżek, indeks Nikkei225 urósł o 80 proc. Fundusze akcji japońskich zarobiły w tym czasie średnio prawie 50 proc., a najlepszy ponad 67 proc. Stopy zwrotu byłyby jeszcze wyższe, gdyby nie osłabienie się jena względem złotego. Fundusze akcji japońskich znajdziemy w ofercie PKO i ING TFI. W tym roku najlepiej wypada ten drugi, który jest 42 proc. nad kreską. Krajowy inwestor może też zainwestować za pośrednictwem zagranicznych instytucji, takich jak Fidelity, Black Rock, Franklin Templeton czy Schroders, jednak na starcie musi wyłożyć od 1 do nawet 5 tys. zł, podczas gdy w polskich funduszach wystarczy 100 zł. Fundusze zagraniczne pobierają jednak niższe opłaty. [JAG]