Jazz zapewnia przyzwoite życie

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2001-09-14 00:00

Jazz zapewnia przyzwoite życie

W Polsce organizuje się ponad 70 festiwali jazzowych rocznie. W zasadzie każdy z nich przynosiłby zyski, gdyby nie wygórowane ambicje niektórych organizatorów. Mariusz Adamiak, który w tym roku przejął nadzór nad Jazz Jamboree, nie zamierza jednak tracić na tej największej imprezie jazzowej w Polsce, jest wręcz pewien zysków. Zaś z dystansem podchodzi do swoich pozostałych przedsięwzięć, czyli reorganizacji Radia Jazz i budowy Warszawskiego Centrum Kultury.

Jak się dzisiaj zarabia na jazzie?

— Tak prosto z mostu?

Tak.

— To jest ciężkie pytanie, bo tak naprawdę można powiedzieć, że się na nim nie zarabia. Ale ja na jazzie zarabiam.

Jednak.

— To jest długa droga. Na pewno można zarobić na organizacji festiwali. To jasne. Festiwali jazzowych organizuje się w Polsce dużo, bo jest ich chyba ponad siedemdziesiąt i wydaje się, że wszyscy jakoś tam na nich zarabiają. Ta materia jest jednak dość niewdzięczna, bo na jednym festiwalu można sporo zarobić, a na drugim wszystko się traci. Z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze decydują o tym czynniki czysto rynkowe.

Co Pan ma na myśli?

— Jeśli od sponsorów zbiorę na festiwal więcej pieniędzy niż się spodziewałem, zawsze mam dylemat. Zastanawiam się wtedy, czy tę nadwyżkę pieniędzy zarobić, to znaczy zrobić festiwal załóżmy na przyzwoitym poziomie, czy je wydać, żeby był jeszcze lepszy i mniej sobie odłożyć do kasy.

Co Pan częściej wybiera?

— To na ogół zależy od charakteru człowieka. W moim przypadku często zamiast odłożyć, wkładam te pieniądze w lepszy program artystyczny, co nie zawsze ma odzwierciedlenie np. w analizie pofestiwalowej. Często krytycy w ogóle nie wiedzą, ile kosztują niektórzy wykonawcy i po prostu nie doceniają tego, że te pieniądze zostały wydane na powiększenie atrakcyjności programu artystycznego festiwalu. Ale oczywiście na tym wszystkim trzeba jakoś zarabiać i to nie jest mały zarobek.

To znaczy, że program tegorocznego Jazz Jamboree będzie wyjątkowo atrakcyjny?

— Jazz Jamboree przejąłem tylko i wyłącznie ze względów finansowych. Warsaw Summer Jazz Days jest moim festiwalem autorskim i można trochę górnolotnie powiedzieć, że tam realizuję swoje marzenia. Natomiast Jamboree było mi potrzebne jako drugi festiwal do zarobienia konkretnych pieniędzy. Oczywiście ten rok należy potraktować raczej jako pewnego rodzaju inwestycję, więc na pewno finansowo jest stracony. Ale przymierzam się do następnych trzech lat i mam nadzieję, że na tym festiwalu będzie można zarobić. Do tej pory wiele osób dosiadało tej biednej szkapy o imieniu Jazz Jamboree. Dzisiaj jest ona trochę zmęczona i trzeba ją trochę dokarmić, ale nie jest tak źle i, moim zdaniem, zarabianie pieniędzy na tym festiwalu to czysta formalność.

Ciężko było dosiąść tej szkapy?

— W sumie od wielu lat się o to starałem. Powszechnie wiadomo, że z różnych powodów ten festiwal znajdował się w różnych rękach. Ale w tym roku zostałem wynajęty do organizacji tej imprezy na cztery lata. Prawnie to tak właśnie wygląda — zostałem wynajęty, z wszystkimi możliwościami zawierania wszelkich kontraktów itd. Więc czy strata, czy zysk — to już jest moje zmartwienie. Z tym że to są tylko cztery lata, ale mam nadzieję, że w tym czasie uda mi się stworzyć taką koncepcję, że właściciel znaku towarowego doceni ją i bardzo możliwe, że w ciągu tych czterech lat nastąpi przedłużenie umowy na lata następne.

Jakieś dwa lata temu likwidowano Akwarium, a Pan zapowiadał coś w rodzaju wskrzeszenia tego klubu, w zupełnie nowej formie. Jakie są losy tych planów?

— Rzeczywiście była taka sytuacja. Ale tutaj wchodzimy już chyba w sfery polityczne.

Jak to?

— Kiedy Akwarium się praktycznie likwidowało, wraz z moim przyjacielem, dużo większym biznesmenem ode mnie — bo ja to się zupełnie za takiego nie uważam — założyliśmy spółkę. Powstała koncepcja stworzenia Warszawskiego Centrum Kultury. Była ona bardzo ambitna, opracowany został biznesplan, wstępny projekt i co najciekawsze — zebraliśmy sporo dużych, dobrych firm, które wyraziły zainteresowanie finansowaniem czegoś takiego. Biznesplan był ciekawy i okazało się, co może wydawać się dziwne, że taki obiekt mógł na siebie zarobić i to całkiem dobrze. To miało być centrum kulturalne, gdzie sale koncertowe miały pełnić również funkcje sal konferencyjnych. Wszystko miało być połączone z hotelem itd. Na dobrą sprawę przy naszych założeniach to wszystko stale tętniłoby życiem. Dlatego nasz pomysł spodobał się kilku dużym inwestorom. Myśleliśmy wówczas, że stolica — nawet z pragmatycznego punktu widzenia — musi sobie kiedyś zafundować taki obiekt. Myśleliśmy, że coś wskóramy w tym kierunku, tym bardziej że władze miasta były zachwycone pomysłem. Po czym nagle się okazało, że nikt tym nie jest zainteresowany i przegraliśmy przetarg.

Przetarg na co?

— Przetarg na grunt pod nowy obiekt. Ale powiedzmy, że przegraliśmy z lepszą ofertą finansową. Staraliśmy się jednak ten pomysł kontynuować. Nadal myśleliśmy, że mając taki projekt w końcu przekonamy kogoś do jego realizacji. Chcieliśmy to jakoś „z miastem” realizować. Niestety nikt z tych kręgów nie wykazywał zainteresowania. I to jest dla mnie bardzo dziwne. Miasto miało możliwość zbudowania za cudze pieniądze takiego obiektu. Dlaczego z tego nie skorzystało — nie wiem. To jest dla mnie poważna porażka. Ale widocznie taka jest wola społeczeństwa, które wybiera władze miasta.

Ale zamierza Pan jeszcze kiedyś wrócić do tego pomysłu?

— Klub Akwarium jako taki uważam za rozdział zamknięty. Na pewno stworzenie czegoś w tym stylu, jest pewnym wyzwaniem dla innych klubów jazzowych. Musi się tym zająć taki entuzjasta, który będzie chciał na to poświęcić swoje pieniądze. Najlepiej byłoby, gdyby jakiś bardzo bogaty człowiek nagle stwierdził, że zakłada sobie klub jazzowy i co tydzień zaprasza na koncerty światowe gwiazdy. Myślę, że dopiero taki klub prześcignąłby legendę Akwarium. Osobiście wolę drążyć temat Warszawskiego Centrum Kultury — nie wiem, czy to się uda. Proza życia polega na tym, że tym projektem musi zainteresować się jakaś konkretna opcja polityczna lub wysokiej rangi urzędnik miejski. Wciąż czekam na jakiś odzew z tamtej strony.

A co się dzieje z innym pańskim przedsięwzięciem jazzowym, czyli Radiem Jazz?

— Tutaj znowu trzeba nawiązać do kwestii finansowych. Radio Jazz też było realizacją mojego marzenia. Jego spełnienie polegało na tym, że będzie to radio promujące wydarzenia muzyczne. Pomysł na finansowanie tej stacji był trochę przewrotny. Chcieliśmy preferować pewnych wykonawców — powiedzmy mniej znanych, ale dobrych — podkręcać ich koniunkturę w radiu, potem zrobić koncert, a pieniądze z niego przeznaczyć na finansowanie rozgłośni. Ale to się niestety nie sprawdziło. Radio Jazz pochłaniało dość dużo pieniędzy, bo było niekomercyjne. Akwarium przestało istnieć, zaczęły do mnie dochodzić różne dziwne sygnały, dotyczące koncesji. Stwierdziłem więc, że najwyższy czas to radio jednak troszeczkę zmienić. Ciągle szukamy jakiejś recepty, są nowi udziałowcy. Rozgłośnia wciąż poszukuje swojego oblicza i przyznam się szczerze, że na dzień dzisiejszy go nie ma. Trwają badania i myślę, że trzeba jeszcze poczekać kilka miesięcy, żeby wszystko się wyklarowało.

Podsumowując, to nieźle się trzeba napocić, żeby wyżyć z jazzu — już nawet nie powiem zarobić.

— Na pewno można żyć przyzwoicie.

Ale chyba przy tym trzeba być fanem jazzu?

— Na pewno. Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Tyle pieniędzy, ile przepuściłem na jazz... to jest dla mnie kwota niebotyczna.

To znaczy ile?

— Na pewno kilkaset tysięcy dolarów, może nawet i więcej. Wychodzi na to, że jest to pewnego rodzaju filozofia życia. Co ciekawe, zauważyłem tutaj pewną prawidłowość, która zwróciła moją uwagę jakieś dwa lata temu. To jest coś niesamowitego i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Za każdym promotorem stoi specyficzna publiczność. Jeżeli na przykład chcę sprowadzić jakiegoś artystę, to nagle przed oczami staje mi obraz zawierający odpowiedź na pytanie: czy przyjdzie na niego publiczność? Ci ludzie gdzieś we mnie żyją. To nie jest kontakt telefoniczny, ale jakaś trudna do wyjaśnienia więź między nami istnieje.

Rozmawiał Wojciech Surmacz