Obecność obserwatora przy największych przetargach działa dyscyplinująco na członków komisji przetargowej.
„Puls Biznesu”: Jakie są Pana praktyczne spostrzeżenia po kilku miesiącach funkcjonowania instytucji obserwatora?
Tomasz Czajkowski, prezes Urzędu Zamówień Publicznych: Do tej pory obserwatorzy zostali wyznaczeni do 50 postępowań o udzielenie zamówienia. 20 spośród nich zakończono. To jeszcze trochę za mało, aby wyciągać wnioski, może poza jednym. We wszystkich przetargach, w których brał udział obserwator, jego obecność przyniosła korzyści. Po pierwsze, dla samych zamawiających, gdyż obserwator składa informacje o pracy komisji przetargowej nie tylko Prezesowi UZP, ale również kierownikowi zamawiającego. Dzięki temu on sam może zwrócić uwagę na nieprawidłowości, jakie występowały, oraz ewentualnie je skorygować. Po drugie, korzysta z tego również urząd prowadząc kontrolę postępowania po wyborze najkorzystniejszej oferty. Na pewno informacje uzyskane od obserwatora ułatwiają jej przeprowadzenie.
Jakie są pierwsze wyniki kontroli?
— Niestety w dużej części przypadków wykazały one uchybienia, także wcześniej sygnalizowane przez obserwatora. Efekt jest taki, że blisko połowa przeprowadzonych kontroli, poprzedzonych obecnością obserwatora, kończyła się zaleceniami nakazującymi unieważnienie postępowania. I jest to niepokojące. Mam nadzieję, że ilość postępowań, które w wyniku kontroli należało unieważnić, będzie malała.
Zatem obserwator jest potrzebny?
— Już te dane to potwierdzają. Jeżeli w znacznej części postępowań o udzielenie zamówienia obserwator zauważył i zasygnalizował nieprawidłowości, to tylko świadczy o tym, że wprowadzenie tej instytucji do naszego systemu zamówień publicznych było zasadne. Pozytywnie oceniły to m.in. Komisja Europejska, organizacje zajmujące się walką z korupcją. Rangę problemu ilustruje także to, że wartość postępowań, do których dotychczas wyznaczono obserwatora, przekracza 11 mld zł. To bardzo dużo. Przecież w ubiegłym roku wartość wszystkich postępowań, ogłaszanych w Biuletynie Zamówień Publicznych wynosiła około 37 mld zł.
Jakiego rodzaju uchybienia wskazywali obserwatorzy?
— Od bardzo istotnych, skutkujących unieważnieniem postępowania, do drobnych. Przykładowo było to niezłożenie właściwych oświadczeń przez członków komisji przetargowej czy wprowadzenie zmian w sposobie oceny ofert. Pomijam mniej formalny, ale bardzo ważny aspekt działania obserwatora, np. zwracanie uwagi, czy nikt nie usiłuje wywierać presji na komisję przetargową, czy nie ma prób porozumiewania się osób trzecich w trakcie prac komisji z jej członkami, itd.
Rola obserwatora jest więc znacząca?
— Obserwator nie może być aktywnym uczestnikiem prac komisji przetargowej, ale jego obecność na pewno wpływa dyscyplinująco na jej członków. Jeżeli jego obecność powoduje np., że komisja drobiazgowo przestrzega obowiązującą procedurę, to ma to także pewne znaczenie psychologiczne.
Jak się wybiera obserwatora?
— Jest on wyznaczany przez Prezesa UZP. Może nim być jedynie arbiter. Ważnym kryterium jest miejsce zamieszkania obserwatora w stosunku do tego, gdzie toczy się procedura. Unikamy sytuacji, by była to osoba np. z tego samego miasta. Z każdym obserwatorem przed podjęciem decyzji dotyczącej wyznaczenia jest przeprowadzana rozmowa, podczas której pytamy, czy nie zachodzi konflikt interesów. Mieliśmy przypadek, że wyznaczony obserwator powiedział, iż kilka lat temu prowadził szkolenie dla tego zamawiającego i w związku z tym nie powinien pełnić takiej roli w tym przetargu.