Jeśli hossa na GPW się skończy, winni temu będą politycy

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-03-29 00:00

Najpierw trzeba przyjąć pakiet ustaw z planu Hausnera, a dopiero później mówić o wyborach. Nowy Sejm nie zdoła przyjąć sensownego programu naprawy finansów.

Z Ameryki

Od początku tygodnia rynkami rządziła geopolityka. Jeśli Izrael, zabijając szejka Jassina, chciał pogorszyć sytuację i zwiększyć na świecie natężenie ataków terrorystycznych, to mu się udało. USA twierdzą, że nie miały nic wspólnego z tym zabójstwem, ale w krajach islamu nikt im nie uwierzy. Szczególnie ludzie, którzy twierdzą, że ideą rządzących w Białym Domu neokonserwatystów jest wywołanie pożaru na Bliskim Wschodzie. We wpływowym „Foreign Affairs” z końca zeszłego roku Daniel Byman napisał artykuł pod wymownym tytułem „Czy następny powinien być Hezbollah?”. Oczywiście następny po Iraku. A Hezbollah to nie tylko Palestyna. To również Syria, Iran i Liban. Nie przypadkiem Richard Perle, sojusznik zastępcy sekretarza stanu sekretarza Paula Wolfowitza (czołowi neokonserwatyści), też wzywa do rozprawy z Hezbollahem w ramach walki z terroryzmem światowym. W takiej sytuacji można spodziewać się zagrożenia atakami terrorystycznymi na Żydów, Amerykanów oraz ich sojuszników. Inwestorzy już się boją zostawać z akcjami na noc i byle zagrożenie będzie wywoływało ostre reakcje na rynkach finansowych.

Geopolityka zepchnęła gospodarkę na dalszy plan, szczególnie że w minionym tygodniu na rynek trafiło niewiele nowych informacji. Uwagę przykuwały tylko gwałtowne ruchy cen ropy naftowej. W lutym jej import przez Chiny sięgnął rekordowego poziomu 10,5 mln ton. Spekuluje się, że to nie tylko import na potrzeby bieżące, ale i budowa dużych rezerw strategicznych. Chiny przegoniły już Japonię — tylko USA konsumują więcej ropy. Jeśli gospodarka chińska nie zwolni tempa, ceny będą rosły. Ostatni spadek może być tylko korektą spowodowaną przełożeniem przez OPEC na czerwiec decyzji o zmniejszeniu wydobycia ze względu na zwiększający się popyt. Dotychczasowy wzrost notowań ropy już wywołał rekordowy skok cen na stacjach benzynowych w USA. Koszt transportu, szczególnie w Stanach, zależy od ceny benzyny. Dlatego wkrótce musi ruszyć inflacja, albo znacznie spadną zyski spółek. Trudno więc się dziwić ostatnim ostrzeżeniom kilku członków Fed, że duży deficyt budżetowy i mała stopa oszczędności zagrażają finansom państwa, a ożywienie gospodarcze przyniesie w końcu inflację. W związku z tym stopy procentowe miałyby pójść w górę wcześniej niż rynek tego oczekuje. Trochę to dziwne, bo jeszcze tydzień temu wyraźnie dawano do zrozumienia, że stopy jeszcze długo pozostaną na niskim poziomie. Coś musiało Fed przestraszyć. Być może właśnie ceny benzyny, które ograniczą wydatki konsumentów na inne cele, zmniejszając ich wsparcie dla gospodarki.

W nadchodzącym tygodniu danych makro będzie bardzo dużo, łącznie z uważanym za najważniejszy miesięcznym raportem z rynku pracy. Z tym raportem jest jednak problem. Rzeczywiście wszyscy się nań szykują, ale doświadczenie z ostatnich miesięcy podpowiada, że przynajmniej w 80 proc. przypadków dane statystyczne nie wywołują żadnych ruchów. W pozostałych 20 proc. wywołują, i to bardzo gwałtowne. Niestety, nie sposób przewidzieć, co wydarzy się tym razem. Inwestorzy będą nastawieni na nie najlepsze dane, więc gdyby były bardzo dobre, mogłyby wywołać euforię. Słabe mogą zostać zlekceważone. Nie mniej ważne będą dane o indeksie zaufania konsumentów, ale tu nikt nie oczekuje cudów. Dziwiłbym się bardzo, gdyby indeks potwierdził pozytywne wskazania indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan. Zobaczymy też, jak wyglądała gospodarka w rejonie Chicago (Chicago PMI) i w całym USA (ISM). W sumie dużo danych, ale i tak geopolityka może ich wpływ sprowadzić do zera.

Pisałem ostatnio, że wyniki spółek w USA powinny być w tym kwartale bardzo dobre. Podtrzymuję to, ale i ostrzegam, że to ostatni taki kwartał. Potem, nawet jeśli ożywienie będzie trwało, wyniki będą coraz gorsze. Bardzo ciężko będzie w 2005 r., kiedy z pewnością stopy procentowe zostaną podniesione. Choć panuje hurraoptymizm, zarządzający doskonale wiedzą, czego można oczekiwać. Mogą więc zrealizować zyski, korzystając z dobrych wyników spółek. To niekoniecznie musi przynieść spadki, ale po wynikach (maj?) z pewnością tak się stanie. Pierwsze dni tygodnia będą sprzyjały bykom. Kończy się miesiąc i kwartał — fundusze będą poprawiały wygląd portfeli, a „window dressing” często podnosi indeksy. W związku z tym stawiam tezę, że w tym tygodniu do przełomu nie dojdzie i w przypadku indeksu S&P 500 ocaleje zarówno wsparcie 1087 pkt, jak i opór na średniej 50-sesyjnej. Gdybym się jednak mylił, to przełamanie wsparcia byłoby sygnałem sprzedaży, a oporu — kupna.

Z Polski

Na GPW w minionym tygodniu też rządziła polityka, ale krajowa. Najważniejsza była zapowiedź dymisji premiera Leszka Millera i powstanie nowej partii. Nastroje Polaków są już tak złe, że zmiana premiera i rządu je poprawi na zasadzie dociśniętej sprężyny. Ale czy rynki mają to już w cenach? Socjaldemokracja Polska (SDPL), utworzona przez Marka Borowskiego i buntowników z SLD, ma popierać plan Hausnera, więc rynki finansowe są dość spokojne. Mogą jednak się bardzo mylić. Nie wyobrażam sobie, by ta partia zaprezentowała nowe pomysły np. na politykę Polski wobec Unii Europejskiej i USA, na wojnę w Iraku, na wydawanie pieniędzy na zakup samolotów dla wojska. Nie widzę żadnego pomysłu na rolę socjaldemokracji w zglobalizowanym świecie, nie widzę nowych, porywających idei ani charyzmatycznego lidera. Czy nowością ma być solenne przyrzeczenie twórców partii, że pozostaną uczciwi? Nie dajmy się zwieść sondażom, które SDPL dają duże poparcie — to tylko urok nowości. Wielu polityków z drugiego szeregu SLD może przenieść się do Samoobrony, by zyskać głosy wyborców. A wtedy byłyby duże problemy z realizacją planu Hausnera.

Życzę SDPL wszystkiego najlepszego, ale założyciele otwierają puszkę Pandory i nie wiem, czy zdają sobie z tego sprawę. Polsce jest potrzebna lewica, ale prawdziwa. Nie widzę szans, by z tego buntu powstało coś naprawdę jakościowo nowego i przez to groźnego dla Samoobrony. Można się obawiać różnych zawirowań, z wcześniejszymi wyborami włącznie. To nadal jest najmniej prawdopodobny scenariusz, ale opozycja tak przebiera nogami, by przejąć władzę, że niczego wykluczyć nie można. Uważam, że politycy, którzy chcą w czerwcu wyborów, są nieodpowiedzialni. W nowym Sejmie nie uda się przyjąć żadnego sensownego planu naprawy finansów. Nie wiadomo nawet, czy uda się utworzyć sensowny rząd. Jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie całego pakietu ustaw z planu Hausnera, a dopiero potem myślenie o wyborach. Ale, żeby przyjąć taki scenariusz, trzeba być odpowiedzialnym za państwo, a naszym politykom daleko do tego.

Wróćmy do gospodarki w czystej postaci. W nadchodzącym tygodniu odbędą się posiedzenia banków centralnych strefy euro i Polski. Wiadomo, że RPP nie zmieni stóp i mało prawdopodobne, by zmieniła nastawienie, choć tym ostatnio zagroziła. Zobaczymy, czy rada będzie chciała na każdym posiedzeniu czymś inwestorów zadziwić. Nie bardzo wiem, co to mogłoby być tym razem. Najbardziej prawdopodobne, że nic się nie wydarzy.

Wydawałoby się, że posiedzenie ECB może zaowocować obniżeniem stóp, ale ja bardzo w to wątpię. Zarówno politycy, jak i spora część ekonomistów naciska na obniżenie stóp — i trudno się im dziwić. Jeśli się pamięta, jak mocno wpłynął na sytuację gospodarczą atak terrorystyczny na USA, to można się obawiać, że po ataku w Madrycie konsumenci znowu przestaną wydawać, a stłumienie popytu wewnętrznego i mocne euro nie pozwolą na przedłużenie ożywienia gospodarczego.

Niepokojący był marcowy spadek niemieckiego indeksu nastroju gospodarczego Ifo do pięciomiesięcznego minimum. Na wartość tego indeksu nie miał wpływu atak terrorystyczny w Madrycie. Hans-Werner Sinn, szef instytutu Ifo, który od dawna nie popierał obniżek stóp, powiedział, że ożywienie gospodarcze jest zagrożone i w związku z tym ECB powinien obniżyć stopy. ECB zdaje się powoli ustępować pod naciskiem. Wypowiedzi Jean-Claude Tricheta, prezesa banku, czy Guy Quadena, członka rady ECB, sygnalizują, że bank stopy obniży, jeśli konsumenci nadal nie będą zwiększali wydatków. Bankierzy widzą jednak, jak szybko rośnie indeks surowców (CRB). I doskonale wiedzą, że prędzej czy później musi to mieć wpływ na inflację, więc będą się długo zastanawiali, nim podejmą decyzję o cięciu stóp. Oczekiwanie na ruch ECB powinno w nachodzącym tygodniu pomagać rynkom Eurolandu.

Na naszych rynkach mamy duży problem. Hossa w regionie trwa w najlepsze, a w Polsce znów szaleją politycy. Co prawda, zarówno rynek akcji, jak i złoty zachowują się bardzo spokojnie, ale ten promyk nadziei może zgasnąć wraz z rozwojem sytuacji politycznej. Oto dylemat: czy ceny będą się wspinały po ścianie strachu czy przeważy niechęć rynków finansowych do stanu niepewności?

Rynki czekają na okazję, by odzwierciedlić w kursach akcji niedawne doskonałe polskie dane makro i tylko polityka może w tym przeszkodzić. Jeśli nowy premier będzie dawał szanse na uniknięcie czerwcowych wyborów do Sejmu, GPW powinna nadal być silniejsza od Eurolandu (ale najsłabsza w gronie państw regionu). Jeśli premier nie da takiej gwarancji, albo okaże się, że SLD ma zamiar rządzić z przeciwnym planowi Hausnera PSL, indeksy gwałtownie ruszą na południe.