Jeśli można zarobić, to dlaczego tego nie robić?

Paweł Zielewski, Maciej Kossowski
opublikowano: 2006-10-18 00:00

Na polskim rynku dostępnych jest już więcej niż 200, ale mniej niż 300 funduszy zagranicznych. Polscy inwestorzy mogą wybierać spośród ofert takich światowych gigantów, jak Merrill Lynch, Franklin Templeton czy Legg Mason, i nieco mniejszych graczy, jak Jyske, Fortis, Raiffeisen, Nordea czy WIOF. W ramach każdej z tych ofert dostępnych jest od kilku do kilkudziesięciu funduszy o różnych koncepcjach na zarabianie. Na pewno nie można przykładać do nich polskiej miarki, dzieląc na pięć podstawowych kategorii (akcji, zrównoważone, stabilnego wzrostu, obligacji i rynku pieniężnego).

Chociaż wybór jest ogromny, funduszom zagranicznym trudno jest dorównać popularnością polskim. I nie wynika to li tylko z braku środków, a w ogromnej części z nieznajomości charakteru poszczególnych propozycji. Ten jednak można bardzo łatwo rozszyfrować. Wystarczy przeczytać nazwę —na przykład fundusz Franklin European Small-Mid Cap Growth Fund. Jego strategia jest oczywiście opisana w nazwie: fundusz inwestuje w spółki europejskie. Nie we wszystkie jednak, a jedynie w te o małej i średniej kapitalizacji. Jednocześnie warto dodać, że w tym przypadku chodzi o podmioty wartości od 100 mln do 8 mld EUR (PKN Orlen z kapitalizacją nieco ponad 5 mld EUR byłby więc średniakiem). To nie koniec. Fundusz wybiera bowiem spółki wzrostowe (growth), czyli takie, które działają w młodych branżach i nie wypłacają dywidendy — cały zysk przeznaczają na inwestycje. Przeciwieństwem spółek typu „growth” są spółki „value” i to określenie możemy również często znaleźć w nazwach funduszy.

Największą popularnością wśród polskich inwestorów cieszą się fundusze działające na tzw. rynkach wschodzących (emerging markets). Do tej kategorii zalicza się kraje Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także Ameryki Łacińskiej czy Azji (poza Japonią). Wszystkie te kraje można mieć w jednym funduszu wybierając ofertę Fortis (Equity World Emerging), Jyske (Emerging Markets Equity Fund) czy ML (Emerging Markets Fund). Większość funduszy skupia się jednak na poszczególnych krajach czy regionach. I tak, mamy dwa fundusze akcji chińskich (Templeton oraz Jyske), koreańskich (Templeton), a nawet indyjskich i tureckich (Jyske).

W całej „rozwijąjącej się” Azji można inwestować z wykorzystaniem funduszy Fortis, Jyske, Templeton i ML, a dwie ostatnie instytucje mają także fundusze latynoamerykańskie. To właśnie w tej kategorii stopy zwrotu za ostatnie 2-3 lata były najwyższe i w związku z tym dystrybutorzy często powołują się na nie w reklamach (np. Templeton Latin America Fund w ciągu ostatnich trzech lat wypracował 219 proc. zysku). Siedem funduszy reprezentuje rozwijające się kraje europejskie — trzy skupiają się na Europie Środkowo-Wschodniej, jeden tylko na Rosji, a dwa działają w obu tych regionach. Tutaj również stopy zwroty są wyjątkowo wysokie — 150-200 proc. w ciągu ostatnich 3 lat.

Okazuje się, że nie trzeba szukać zysków na drugim końcu świata, bo nasz region jest miejscem, gdzie, przynajmniej dotychczas, można było zarobić naprawdę sporo.

Oddzielną kategorią wśród funduszy akcji są fundusze branżowe — inwestujące w spółki z określonych sektorów. Wśród nich wyróżnia się oferta Merill Lynch — aż siedem funduszy spośród 13 obecnych na rynku w tej kategorii. Także ich wyniki wyglądają atrakcyjnie. Fundusz World Mining, inwestujący w spółki zajmujące się wydobyciem węgla i rud metali, w ciągu ostatnich trzech lat  zarobił 187 proc., a World Energy Fund (spółki energatyczne) 164 proc. Jednocześnie oba fundusze otrzymały po 5 gwiazdek (najwyższa ocena) w rankingach Morningstara i Standard & Poor’s. Znacznie słabiej radziły sobie fundusze skupiające się na spółkach medycznych i biotechnologicznych (stopy zwrotu na poziomie 20 proc. w USD za ostatnie 3 lata).

Znacznie mniej pasjonujące są fundusze obligacji. Trudno oczekiwać, by polski inwestor szukał zysku w papierach dłużnych emitowanych przez kraje Eurolandu. Nie można tam liczyć na wysokie stopy zwrotu, a co gorsza, zyskowność funduszy podkopywana jest przez obecne i prognozowane podwyżki stóp procentowych w strefie euro — wzrost stóp procentowych przekłada się na spadek cen obligacji i niższe stopy zwrotu w funduszach posiadających te papiery w portfelu. Najwyraźniej widać to na przykładzie funduszy amerykańskich papierów dłużnych — stopy w perspektywie ostatniego roku są najczęściej ujemne (około -5 proc.). To pokazuje, że fundusze obligacji wcale nie są bezpieczną inwestycją na krótki dystans — dla konserwatystów dostępne są fundusze pieniężne, to najmniej liczna grupa obejmująca 6 produktów ze stajni Fortis i Legg Mason.

„Funduszową muzykę środka” stanowią fundusze mieszane. O nich jednak innym razem. Fundusze zagraniczne przeciętnemu ciułaczowi mogą kojarzyć się z ofertą skierowaną głównie do zamożnej części społeczeństwa. Nic bardziej mylnego. Wysokie progi wejścia w taką inwestycję oczywiście istnieją np. dla klientów private banking, ale sytuacja na rynku zmienia się na korzyść osób o mniej zasobnych portfelach. Duża ilość funduszy powoduje, że można znaleźć ofertę dopasowaną do własnych możliwości finansowych. W zależności od funduszu minimalne wpłaty przyjmowane są na poziomie od kilkuset do kilku tysięcy euro, co nie jest progiem zaporowym.

Chociaż łączna wartość środków zgromadzonych w krajowych TFI wynosiła w maju 2006 r. blisko 75 mld zł, jednostki uczestnictwa funduszy posiada zaledwie kilka procent obywateli. Potwierdza się tu analogia z rynku lokat, gdzie 2/3 depozytów pozostaje w rękach kilku procent społeczeństwa. Obecnie zagraniczne fundusze stanowią promil rynku krajowych TFI, ale ich bogata oferta z pewnością szybko zmieni te proporcje. Dopóki dobra koniunktura sprzyja wzrostom kursów akcji na GPW, a złoty pozostaje mocny wobec innych walut, zagraniczne fundusze pozostają w cieniu.

Sytuacja ta może ulec zmianie, kiedy część klientów posiadających lokaty walutowe zacznie przenosić je do funduszy zagranicznych denominowanych na waluty. Oprocentowanie lokat walutowych jest symboliczne i szkoda trzymać środki na lokacie, kiedy mamy możliwość kupować jednostki choćby „bezpiecznych” funduszy obligacyjnych w USA. Stopy procentowe w Polsce i USA są na zbliżonym poziomie.

Zagraniczne fundusze wydają się idealną propozycją dla osób poszukujących dywersyfikacji inwestycji. Ich wyniki są uzależnione od globalnej koniunktury. Dzięki temu nie jesteśmy zależni tylko od rynku krajowego, podatnego na zawirowania polityczno-gospodarcze. Inwestowanie w jednostki funduszy zagranicznych denominowanych w walutach jest szczególnie atrakcyjne w momencie osłabienia złotego.

Doskonale wiedzą to specjaliści z Deutsche Banku PBC, partnera merytorycznego dzisiejszego dodatku. Nie tylko wyjaśniają meandry inwestowania za pomocą funduszy zagranicznych, ale i służą konkretnymi radami, jak rozpocząć przygodę z zagranicznymi TFI, za ile i na jak długo.