Jest kolejny pomysł na wygasanie opcji

Adrian Boczkowski
opublikowano: 10-02-2009, 07:03

Niech państwowe banki zaczną sprzedawać niewielkie ilości euro po 3 zł, a problem opcji sam się rozwiąże – twierdzą przedsiębiorcy. Ekonomiści w takie cuda nie wierzą

Z naszych informacji wynika, że większość umów opcyjnych miało wbudowane „wyłączniki”, by przedsiębiorcy nie mogli zbyt dużo zarobić na ewentualnym silnym umocnieniu złotego. Najpopularniejszą barierą dezaktywującą wystawione opcje kupna waluty było około 3 zł za euro. W zeszłoroczne wakacje euro kosztowało już 3,2 zł, więc niezwykle mało brakowało, by obecna opcyjna bomba była zjawiskiem marginalnym. Tymczasem teraz euro kosztuje ponad 4,5 zł, a straty krajowych przedsiębiorstw mogą sięgnąć kilkudziesięciu miliardów złotych.

Przedsiębiorcy chcą wywrzeć więc presję na władze, by posłużyły się bankami pozostającymi pod ich kontrolą. Chodzi o NBP, Bank Gospodarstwa Krajowego, PKO BP czy BOŚ.

— W umowach jest nieprecyzyjny zapis, który mówi o kursie z rynku międzybankowego. Wystarczy więc, by codziennie jeden z banków sprzedawał kilkadziesiąt tysięcy euro po np. 3 zł, a 60-70 proc. umów opcyjnych wygaśnie. W ten sposób problem toksycznych opcji byłby zakończony, a tysiące miejsc pracy byłoby uratowanych — mówi Zbigniew Przybysz, współwłaściciel pomorskiej firmy Kram, jeden z prekursorów anty-opcyjnej krucjaty.

Dodaje, że dysponuje opiniami ekonomistów i byłych bankowców, które potwierdzają skuteczność takiego działania.

Czy takie działanie nie zdyskredytowałoby jednak naszego państwa, NBP czy BGK na arenie międzynarodowej?

— Z oczywistych powodów nie odpowiem na to pytanie — mówi Andrzej Sławiński, profesor Szkoły Głównej Handlowej i członek Rady Polityki Pieniężnej.

Celowe sprzedawanie przez banki pozostające pod wpływem skarbu państwa „drobnych” ilości euro dużo taniej niż kurs rynkowy nie zdziwiłoby jednak niektórych ekspertów.

— W obecnym kryzysie wszystko, co wydawało się niedopuszczalne, nierealne jeszcze pół roku temu, teraz jest czymś normalnym. Wyjątkowe sprawy wymagają przedsięwzięcia wyjątkowych środków — uważa ekonomista Banku Światowego, który wolał zachować anonimowość.

Sceptykiem co do skuteczności ewentualnej „mikrointerwencji” jest Stanisław Gomułka, profesor London School of Economics i były wiceminister finansów.

— Jeśli sprawa dojdzie do sądu, to nie sądzę, by ten uznał takie niewielkie transakcje za ustalające kurs na rynku międzybankowym. Zwykle oznacza on bowiem kurs dnia podawany przez NBP, na który składa się dużo wielkich transakcji — mówi Stanisław Gomułka.

Zastanawia się przy tym, dlaczego banki miałyby to robić, kto by za to zapłacił i jakie konsekwencje prawne by to wywołało.

— Niewielkie transakcje są przecież bez znaczenia, a duże sporo kosztują — dodaje prof. Gomułka.

Więcej we wtorkowym „Pulsie Biznesu”.


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane