Jestem Gotem!

JOLANTA KORAL
02-12-2011, 00:00

reportaż

Pani Krysia: A skąd wiadomo, czy ja nie mam w sobie krwi gockiej? Tak się mieszały te kultury i ludzie… A poza tym to sprawa duchowa. Goci to jak rodzina. Tyle razy o nich opowiadam, że czuję, jakby oni byli przy mnie. Dzięki miłości do Gotów malutki Masłomęcz stał się znany na świecie

Gdzieś koło roku 70 gockie plemię Amalów pod wodzą króla Beriga wypłynęło z mitycznej wyspy Skandii (dziś tereny południowej Skandynawii) na trzech łodziach. Szukali nowych ziem.

Dotarli do ujścia Wisły, a potem ruszyli dalej. Pod koniec II wieku osiedli w Masłomęczu. Dziewiętnaście wieków później, w październiku 1977 roku Andrzej Kokowski, młody archeolog tuż po studiach na poznańskim uniwersytecie, wysiadł z PKS-u w Masłomęczu, grzebnął butem w polu jakieś sto metrów od przystanku i wygrzebał skorupkę. Masłomęcz dziś: kilkanaście chałup rozrzuconych wśród pagórkowatych łąk, ze 400 mieszkańców, wąska asfaltówka łącząca z pobliskim Hrubieszowem.

Rzut mapą

Profesor Kokowski: – Byłem młody, bardzo chciałem coś odkryć. Studiowałem mapy, zastanawiałem się, gdzie mógłby w Polsce osiedlić się człowiek starożytny. Wyszło mi, że może w Kotlinie Hrubieszowskiej. Koledzy mnie wyśmiali, że to strata czasu, w tej stronie Polski się nie kopie, bo tu nic nie ma. Ale ja jestem uparty. Przyjechałem z kilkoma kolegami do Hrubieszowa, zakwaterowaliśmy się. Każdy chciał szukać szczęścia nad Bugiem, bo im bliżej rzeki, tym pewniej coś się znajdzie. Żeby było sprawiedliwie, pocięliśmy mapę na arkusze i losowaliśmy. Mnie wypadł Masłomęcz. Na początku ludzie traktowali mnie trochę jak dziwadło, ale byli uprzejmi – gdy prosiłem, żeby pozwolili mi wykopać dziurę w polu buraków, mówili: proszę bardzo, ale one jeszcze niedojrzałe…

Lokalna starszyzna, której przewodził Macybuła, były partyzant, wioskowy autorytet, co to i poradzić, i przywalić potrafił, miała za zadanie wybadać, czego ja tu właściwie szukam. Jak było trzeba, pomagałem przy żniwach, mieszkałem z nimi, jadłem. Lody zostały przełamane po jakichś pięciu latach. To wspaniali ludzie. Taka pani Zofia – babcia Mazurowa: najbiedniejsza rodzina we wsi, dwuizbowa chałupka, schorowana córka. Przychodziła nad wykop, obserwowała nas z boczku.

A po pracy zapraszała na posiłki, dzieliła z nami swoją biedę z wielką klasą. Jak się zbliżała pora wykopalisk i naszego powrotu do Masłomęcza, ludzie czekali na nas jak na bociany. Cieszyli się, bo był ruch, zaczęła przyjeżdżać prasa, telewizja. Na koniec sezonu ekipa urządzała ognisko dla całej wsi, hrubieszowskich władz, przyjaciół. Pili bimber, jedli kiełbasę. Gadali. Wszyscy byli tak samo ważni. Zdaniem profesora te ogniska dały ludziom wiarę, że mają udział we wszystkim, co się tu dzieje. To oni wymyślili, żeby świętować co roku przyjazdy ekipy – tak narodziły się biesiady archeologiczne, które odbywają się do dziś. Babcia Mazurowa powiedziała: może bym pieroga upiekła, inni też coś przyniosą. Pierwszy raz przyszło ze 30 osób.

A potem trzeba było stoły zbijać na 100 osób. A to świnię uhodowali, a to bimbru napędzili, żeby pokazać, jak się nimi cieszą. Pan Czesiu Kraj, członek drużyny Gotów: – Tu się przedtem nic nie działo, ciężka praca, bieda. Przyglądaliśmy się archeologom, babcia Mazurowa piekła dla nich chleb, wszyscy czekali na ten piękny zapach. To nie mija bez echa. Jak się w 2002 roku skończyły prace, pomyśleliśmy: mamy być znowu zwykłą wioską?

Oddajcie mi czaszkę!

Gdy studenci z ekipy odsłonili pierwszy grób, znaleźli szkielet bez głowy. – Oddajcie mi czaszkę! Kto widział szkielet bez czaszki?! – wrzeszczał Kokowski (wtedy jeszcze magister) i nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń, bo myślał, że mu robią kawał. Okazało się, że Goci mieli makabryczny rytuał pochówku: zmarłego pozbawiano głowy, ćwiartowano i mieszano ze szczątkami innych zmarłych. To dlatego w grobach trafiały się na przykład trzy nogi, dwoje rąk i ani jednej głowy.

Profesor Kokowski: – Mieliśmy kłopot, bo odkopywane szczątki się rozsypywały. Głowiliśmy się, jak je zabezpieczać, a wtedy babcia Mazurowa powiedziała: zawińcie w buraczane liście, bo tłuste są. Tak zrobiliśmy, kości mogły przetrwać dłuższy czas. Wszyscy koledzy teraz metodę babci stosują. W Masłomęczu odkryto ponad 600 grobów. Biżuterię, ceramikę, monety. Okazało się, że żyło tu, na skrzyżowaniu handlowych szlaków, około półtora tysiąca Gotów, a także inne germańskie plemiona: Wandalowie, Bastarnowie.

A także irańscy Sarmaci. Pan Czesiu, z dumą: – W Masłomęczu był największy w Europie wyrób grzebieni. A monety rzymskie potrafili fałszować jak mało kto! Odkrycia wywróciły dotychczasową wiedzę o Gotach. Naukowy świat się zdumiał i zachwycił. Profesor Kokowski, dziś szef Instytutu Archeologii UMCS w Lublinie, napisał kilka książek o Gotach i stał się światowym autorytetem w tej dziedzinie.

Pan Czesiu: – Profesor często mówi, że Masłomęcz to nieformalna stolica Unii Europejskiej, tygiel żyjących ze sobą w zgodzie narodów. Ma rację, to była stolica, a nie jakaś tam Bruksela...

Wszystko dopilnowane historycznie

Tomasz Zając, sekretarz gminy wiejskiej Hrubieszów, członek drużyny Gotów, mówi, że dziś tu z rolnictwa wyżyć trudno, ludzie jeżdżą za pracą do Anglii, Niemiec, Holandii. Hrubieszów leży na obszarach Natury 2000, więc nie ma mowy o dużym przemyśle. Przyszłość regionu leży w turystyce, zwłaszcza „turystyce myślącej” dla bardziej wymagających. Ludzie muszą zmienić myślenie, szukać dodatkowych dochodów.

– Dla wójta Jana Mołodeckiego ważne są nie tylko drogi czy wodociągi, ale też integracja i aktywność mieszkańców. Bo czasami jest tak, że jak w gminie coś fajnego się dzieje, to człowiek i po najgorszych wertepach będzie szedł, byle tylko wziąć w tym udział. Gmina od dawna się zastanawiała, jak Gotów wykorzystać. Masłomęcz zżył się z archeologami, zwłaszcza z profesorem. Przecież babcia Mazurowa jest dla niego jak druga matka! Zawiązaliśmy lokalne partnerstwo: mieszkańcy, organizacje pozarządowe, władze, i powstała Lokalna Grupa Działania Stowarzyszenie Hrubieszowskie „Lepsze Jutro”, której jestem prezesem i która stworzyła plan turystycznego wykorzystania Gotów. Dzięki temu można było skorzystać z unijnych pieniędzy programu „Leader”.

Gmina wyłożyła 75 tys. zł. Przeszkoliliśmy właścicieli 10 gospodarstw agroturystycznych, żeby mogli przyjmować turystów. W 2006 roku w Masłomęczu, blisko gospodarstwa Krystyny i Czesława Krajów stanęła drewniana chata kryta strzechą, wierna rekonstrukcja w skali 1:2 chaty gockiej z III–IV wieku.

Budowę chaty – pod nadzorem profesora – sfinansowano z pieniędzy unijnych i gminnych. To kawałek gockiego świata. Są narzędzia. Stroje: grubo tkane tuniki i spodnie, wzorzyste krajki, którymi Goci się przepasywali albo obszywali tuniki, buty z jednego kawałka skóry ściągniętego rzemykiem pasują na każdą nogę. Biżuteria: paciorki i słynne już mosiężne fibule w kształcie kaczki. Gliniane garnki. Tarcze obciągnięte skórą i płótnem. Broń: łuki, oszczepy, włócznie. Żelazne miecze.

Wszystko poza mieczami drużyna zrobiła sama, ściśle przestrzegając dawnych technik i wzorów. Nieopodal chaty drewniana wiata – w takich Goci świętowali i biesiadowali. Drewniana platforma, na której kładli zmarłych. Kurhan, w jakich chowano znamienite osoby. Rok później do muzeum hrubieszowskiego przyjęto dwójkę młodych archeologów: Bartłomieja Barteckiego i Annę Hyrchałę, uczniów profesora. Przy ich wsparciu powstała drużyna Gotów z archeologiczną wiernością odtwarzająca rzemiosło, życie codzienne, rytuały i sztukę walki plemienia. Bartecki zajmował się rekonstrukcjami historycznymi jeszcze w liceum w Gliwicach.

Z Chorągwią Ziemi Górnośląskiej wziął udział w odtworzeniu bitwy pod Grunwaldem. Śmieje się, że niektórzy rycerze wyglądali wtedy jak opakowania po dezodorantach, wiele rzeczy było sztucznych i historycznie niepoprawnych. Na studiach prowadził sekcję koła naukowego archeologów odtwarzającą wczesne średniowiecze. A potem zwolniło się miejsce w muzeum. – Nigdy nie chciałem pracować w muzeum, bo kojarzyło mi się z siedzeniem

reportaż

na stołku, kapciami, rozwiązywaniem krzyżówek. Ale tu chciałem przyjechać, bo jeszcze można coś ciekawego wykopać. Pan Czesiu: – Bartecki nie popuści, żeby zegarek na ręce był, jak się jest na pokazie! Czasami aż się prosi, żeby tego śrubokręta użyć, nic z tego. Tylko starym sposobem. W obozie nie może być żadnego plastiku, wszystko jest dopilnowane historycznie. Na imprezach odgradzamy się sznureczkiem od jarmarcznej komercji, to jest nasz skraweczek Gotanii. Czesław Kraj, z zawodu hydraulik, pochodzi spod Krakowa, do Masłomęcza przyjechał w 1976 roku – firma wysłała go do pracy na ścianę wschodnią. – Przez 20 lat pracowałem w Austrii jako hydraulik. Do Polski przyjeżdżałem co dwa tygodnie. Z 10 lat temu oglądam sobie program w telewizji austriackiej, a tu profesor mówi o Masłomęczu! Zastanowiłem się: to wy będziecie wiedzieć, co się u nas dzieje, a ja nie? Tak mnie to podkręciło, że się zacząłem o Gotach uczyć. Gdy raz przyjechałem do domu, wpadł Jacek Fuchs z Gminnego Ośrodka Kultury w Hrubieszowie i mówi: Czesiu, zrobię ci parę zdjęć, bo mi na Gota wyglądasz. Może i tak, brodę mam, zapuściłem ją jeszcze w latach 70., jak w Niemczech pracowałem, a dlaczego zapuściłem, to moja tajemnica. Włożyłem kapotę, zapozowałem. I tak po nitce do kłębka... Gdy pojawiła się możliwość kursów, Krysia mówi: idźmy na wszystkie! Wciągnęliśmy się.

Powstaje drużyna

Ojciec pani Krystyny Kraj, która odpowiada za PR drużyny i organizację ruchu turystycznego, miał gospodarstwo pod Łodzią.

– Całe życie szukał dobrej ziemi, bo nasze gospodarstwo to był piasek i kamienie, życie trudne, aż w końcu powiedział, że już w piachu rył nie będzie. W 1958 roku przyjechaliśmy całą rodziną do Masłomęcza, bo tu ziemie dobre. Kiedy poznałam Czesława, pracowałam w Hrubieszowie, w restauracji Kasieńka.

Zajrzał rano na śniadanie, ale jeszcze było zamknięte, więc powiedziałam: zapraszam o 10. Przyszedł. Zapytał, o której kończę pracę. Po dwóch miesiącach byliśmy po ślubie.

Tak to się ludzie z różnych stron w tym Masłomęczu spotkali... Z pieniędzy Poakcesyjnego Programu Wsparcia Obszarów Wiejskich, finansowanego przez Bank Światowy, można było przeszkolić drużynę z obróbki skór i drewna, wypalania naczyń, gotowania, wyrobu biżuterii i broni, nauki walki, zakupić trochę broni.

Pani Krysia: – To nie tak, że wszyscy od razu się zachwycili i skrzyknęli do działania. Na ogół mówili: eee tam, czy to wyjdzie?... Przekonywałam: co wam zależy się pouczyć? A jak już zaczęliśmy się szkolić, to połknęliśmy bakcyla. Wszystkiego nas uczyli archeolodzy podesłani przez profesora. Potrafię ugotować jadło gockie, upiec chleb i kurczaki na ognisku.

Zrobić igłę z krowiej kości (to trudne, trzeba ją wyszlifować kamieniem), ufarbować wełnę korą z dębu, liśćmi, ziołami i utkać krajkę, obrobić skórę, uszyć buty, sakiewkę, bukłak – skórę trzeba moczyć, formować wilgotnym piaskiem, wypiekać i uszczelnić woskiem. Czy kiedyś myślałam, że takie rzeczy mogę zrobić? Bukłaki to ja widziałam na filmach amerykańskich! 30-osobowa drużyna ma charakter międzypokoleniowy: najstarsza Gotka liczy sobie ponad 70 lat, najmłodszy Got – kilka.

Są tu rolnicy, pracownicy gminy, radni, komendant straży granicznej. Pokazują swoją sztukę na festynach i festiwalach kultury antycznej, także za granicą. Zając:

– Ożywiliśmy archeologię! Profesor, który na początku obawiał się, że ludzie będą stali z butelką lokalnego trunku i nic nie robili, był zaskoczony i wzruszony. Bartecki:

– Gdy zaczynaliśmy, byliśmy niszą, o której mało kto słyszał. A teraz kogo nie zapytać w regionie hrubieszowskim o Gotów, to coś wie. Widać, jak wzrosła świadomość społeczna, jak odbudowuje się tożsamość. Gmina kupiła 2 ha ziemi obok chaty. Ma tu stanąć gocka wioska. Turyści uczestniczyliby w całym dniu życia Gotów.

Chodziliby w ich strojach, warzyli sobie strawę, przędli wełnę. To jednak wymaga czasu i wielkiego kapitału. Członkowie drużyny mają drobne źródło dochodów – sprzedają koraliki, garnki, krajki, fibule, kozie sery. Dla indywidualnych turystów stoi w chacie garnek na datki, grupy wycieczkowe (jest mnóstwo szkolnych wycieczek) wnoszą niewielkie opłaty za warsztaty gockiego rzemiosła. Pieniądze wpływają na konto Masłomęckiego Stowarzyszenia „Wioska Gotów”, które założyli w 2010 roku członkowie drużyny i którego prezesem został Bartecki. Mogą za to kupić glinę, wełnę,

Drużyna przed repliką chaty gockiej. Na chorągwi wizerunek kaczki, która znalazła się także w logo Masłomęckiego Stowarzyszenia „Wioska Gotów”drewno, skórę. Hrubieszów korzysta na ruchu turystycznym – w zeszłym roku przyjechało „na Gotów” 5 tysięcy osób z Polski, Australii, ze Szwecji, z Niemiec, USA, Włoch, Bułgarii, Rumunii, Ukrainy. Entuzjastyczne wpisy do księgi pamiątkowej. Pani Krysia:

– A skąd wiadomo, czy ja nie mam w sobie krwi gockiej? Tak się mieszały te kultury i ludzie… A poza tym to sprawa duchowa. Raz pod chatę podjeżdża obładowany turysta na rowerze. – Goci to tu? – pyta. – A tu.

– Bo ja taki duchowy Got jestem, mówi, przyjechałem aż z Gdańska. – Ja też jestem trochę Gotką, mówię. Dwie godziny gadaliśmy. Goci to jak rodzina. Tyle razy o nich opowiadam, że czuję, jakby oni byli przy mnie. Pan Czesiu: – Jak profesor przyjeżdża, wpada do mnie, gadamy o Gotach.

Garnki pana Czesia

Gdy w 2009 roku, na Festiwalu Kultury Antycznej w Bułgarii pan Czesiu zaczął wypalać, to się ludzie zeszli. Jeden włoski profesor archeolog mówi: czytałem o tej technice, ale na oczy nie widziałem! Zdjęcia pstrykał, śledził każde podejście do dołka. Pan Czesiu: – Pierwsze warsztaty z wypalania garnków prowadziła Marta Wasilczyk.

Mówi: dobrze, żeby ktoś kumaty uczył innych. Może ty? No to wypalam. Najpierw kopie się około 60-centymetrowy dołek, wykłada kamieniami i rozpala ognisko – trzeba wydobyć wilgoć z ziemi, żeby nie weszła do garnuszków. Ogień rozpala się powoli, żeby garnki nie pękały, bo jak za duża temperatura od razu, to strzelają jak z karabinu. Gdy się chce uzyskać czarny kolor garnka, to się go zasypuje trocinami i zamyka dopływ tlenu – węgiel wchodzi w glinę. Wszystkie garnki mają błyszczącą, gładką powierzchnię – przed wypalaniem, gdy podeschną, szlifuje się je krzemieniem pasiastym.

Pani Krysia: – Jak bierzemy do ręki krzemień, a potem to cudo tak się błyszczy, to aż serce rośnie. Cośmy przeżyli, jak wypalaliśmy na czarno pierwszy raz na biesiadzie archeologicznej! Czesław sobie miejsca znaleźć nie mógł. A dookoła mnóstwo ludzi, kamery. Mówię: wola boska, albo będziemy płakać, albo się cieszyć. Odkrywamy: piękne, metaliczny kolor. Czesław łapie te garnki w rękawicach, bo gorące, a turyści kupują jak ciepłe bułeczki! Jakiś facet mówi: to niemożliwe, żeby taki

kolor bez chemii wyszedł, wezmę skorupę i dam do zbadania. A cały garnek panu dam, mówię, niech pan bada! Czy co innego nam takie przeżycia zapewni? Czesław to każdy garnek, każdy kawałek gliny przeżywa.

Projekt Gotania

W czerwcu 2009 roku do Masłomęcza przyjechali przedstawiciele Polsko-Szwajcarskiego Funduszu Współpracy, żeby zobaczyć, czy warto wesprzeć miejscowe inicjatywy. Do szwajcarskich pieniędzy startowało kilka znanych miejsc w Polsce. Bartecki:

– Goci dali pokaz kulinarny, poczęstowali gości pęczakiem z mięsem. Trzeba było widzieć, jak jedli, aż im się uszy trzęsły, z drewnianych miseczek drewnianymi łyżkami, a wszyscy pod krawatami. Zając:

– Myślę, że to dlatego Hrubieszów i partnerzy dostali od nich pieniądze. Można powiedzieć, że Goci przełożyli się na konkretne pieniądze. Hrubieszów dostał około 12,5 mln zł na realizację programu, który ma stworzyć turystyczną markę całego regionu i dać ludziom pracę. W projekt zaangażowało się 10 gmin. Liderem przedsięwzięcia zostało miasto Hrubieszów. Profesor Kokowski brał udział we wstępnej fazie projektu, wymyślił symboliczną nazwę regionu – Gotania.

Ale rok później oświadczył publicznie: – Nie chcę, żeby nadużywano mojego imienia i autorytetu i łączono mnie z projektem. Z gminą wiejską świetnie mi się współpracuje. W Masłomęczu pracują uczciwi i bezinteresowni ludzie. Im będę pomagał, dopóki starczy mi sił. To co innego niż projekt realizowany przez miasto.

Anna Sydoruk, naczelnik wydziału promocji i rozwoju gospodarczego Urzędu Miasta Hrubieszów, chwali projekt, uważa, że będzie służył mieszkańcom całego regionu. Poza dotacjami na działalność gospodarczą przewiduje on m.in. stworzenie archeoparku na wzór Disneylandu, kompleksu spa w stylu gockim, karczm gockich, parku wodnego, ściany wspinaczkowej. Można by też wypiekać służące promocji rogale gockie w kształcie litery G (od Gotanii), ładnie zapakowane, produkować gocką nalewkę.

Miasto bardzo liczy na inwestorów prywatnych. Profesor Kokowski: – Ucieszyłem się z szansy wykorzystania Gotów do promocji regionu,zgłosiłem swoje propozycje. Ale to się wymknęło z rąk. Miasto zleciło napisanie projektu firmie zewnętrznej Synergia. Nawet nie przyjechali do Masłomęcza, a w preambule napisali, że tu żyją prymitywni ludzie i projekt ma to zmienić. To skandal! W zeszłym roku zmieniły się władze, nastał nowy burmistrz.

I znowu się zwrócili do mnie. Postawiłem swoje warunki: będę czuwał nad przedsięwzięciami archeologicznymi w ramach projektu i będę miał głos w sprawie aktywizacji lokalnych społeczności – chodzi o to, żeby ludzie sami coś wymyślali, nie wolno im niczego narzucać. Dlaczego profesorowi nie podoba się spa w stylu gockim i gocki Disneyland? Bo to czysta komercja, która nie ma nic wspólnego z Gotami – odpowiada. Uważa też, że władze Hrubieszowa nie myślą perspektywicznie.

– W jednym z niemieckich miasteczek widziałem festiwal kultury średniowiecznej z rycerskim turniejem. Trzy lata później każde miasteczko w okolicy miało taki festiwal. A jeszcze później zobaczyłem, że pies z kulawą nogą tam nie przyjeżdża – opatrzyło się. Przestrzegałem: w Masłomęczu będzie tak samo. Historię można sprzedawać z zyskiem dla wszystkich i nie popaść w komercję, pod warunkiem że produkt będzie przeznaczony dla bardziej wymagającego odbiorcy. Nie o to chodzi, żeby turyści przyjeżdżali tutaj napić się piwa i zjeść kiełbasę, a przy okazji zobaczyć, jak jakieś baby garnki lepią.

To garnki są ważne, a piwa można się napić przy okazji. Gdyby drużyna gocka poszła w komercję, nie budziłaby tylu zachwytów, także naukowych autorytetów. Kotlina Hrubieszowska jest bardzo ciekawym turystycznie regionem – powinno się zaprojektować szlaki z najciekawszymi zabytkami i zakątkami przyrody. Przyjeżdżaliby wtedy z rodzinami ludzie, którzy chcą się wyrwać ze zgiełku i czegoś dowiedzieć – a takich jest w Polsce wielu.

Disneyland ich nie skusi, bo to mają wszędzie. Może i pieniądze będą płynąć wolniej, ale dłużej, więc na jedno wyjdzie. W Masłomęczu to rozumieją, wiedzą, że ich wiedza i zapał wcześniej czy później przyniosą korzyści. Bartecki: – Nie mają nic przeciwko zarabianiu, ale nie traktują tego przedsięwzięcia jako spółki handlowej. W weekendy jeżdżą na pokazy, prezentują swoją dumę, sprzedają piękne rzeczy i zarabiają na tym… pół dniówki budowlańca. Ale najważniejsza jest satysfakcja. Często nas porównują do Bałtowa, gdzie turystyka świetnie rozwija się wokół parku jurajskiego, mówią, skoro tam się udało, to czemu nam ma się nie udać? Ale dopóki ja tu jestem, to Bałtowa w Gotanii nie zrobimy. To wspaniale, że Bałtów odwiedzają tysiące ludzi, że zlikwidowali bezrobocie, ale Goci to nie dinozaury. Przy tworzeniu drużyny nie chodziło o to, żeby sprzedawać watę cukrową i robić kluby przedszkolaka w gockiej chacie, tylko wspierać edukację i kulturę.

Czyś pan zdurniał?!

Pan Czesiu: – To byli zawołani wojownicy, choć niby tacy prymitywni. Szli na dziko, całym stadem. Przecież to oni zdobyli Rzym w 410 roku (fajnie się składa, że równo tysiąc lat później dołożyliśmy Krzyżakom pod Grunwaldem...). Koniec lipca, Masłomęcz, Festiwal Kultury Antycznej Gotania 2011, goście z Rumunii, Bułgarii, Niemiec.

Na rozległych łąkach pod wsią barbarzyńcy: Dakowie z długimi zakrzywionymi mieczami, Wandalowie, którzy palą zmarłych wojowników na stosach, Celtowie – wspaniali rzemieślnicy, Goci oraz Sarmaci, starli się z I Tracką Kohortą, Legionem I Italskim, legionami XIII i XIIII. Widzów nie wypłoszyło nawet oberwanie chmury.

Bartecki w każdy wtorek – w lecie na łące Krajów, a w zimie w hali sportowej pod Hrubieszowem – uczy drużynę władania mieczem, oszczepem, włócznią, strzelania z łuku. Cztery dziewczyny też sobie świetnie radzą. O tym, jak Goci walczyli, archeolodzy dowiadują się ze śladów na kościach, tarczach i mieczach.

Bartecki: – Miecze były ciężkie i źle wyważone. Ale Goci nie uprawiali wyrafinowanej szermierki. Dwa razy walnęli i tyle – chodziło o to, żeby zabić, a nie żeby z mieczem tańczyć! I tak to pokazujemy. Można robić kolorowe pokazy z udziałem kaskaderów i to się bardzo spodoba wychowanym na hollywoodzkich filmach, ale nie będzie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Trochę tylko zgrywamy burżujów, bo miecz był w drużynach gockich rzadkością, był cenny.

Zając: – Na początku było trochę siniaków i urazów, ale jesteśmy rolnikami zaprawionymi w posługiwaniu się różnymi narzędziami, choć może nie takimi, ha, ha... Podczas jednego z pokazów Mariusz Kulczyński, ksywa Komendant, bo jest komendantem placówki straży granicznej w Hrubieszowie, od cięcia mieczem niemal stracił mały palec. Pojechaliśmy z nim na pogotowie, a pani w izbie przyjęć pyta: od czego to się panu stało? – Od miecza.

– Czyś pan zdurniał?! Jakiego miecza? Najtańszy miecz kosztuje około 250 zł. Już nawet firmy chińskie i indyjskie produkują rekonstrukcje sprzętu germańskiego, ale Bartecki nie poleca: – Nasze są dobre, kupione okazyjnie po prawie 500 zł na Górnym Śląsku. Naprawdę dobry miecz kosztuje tyle, ile używany samochód. Przemysł związany z odtwórstwem historycznym świetnie się rozwija, można przebierać w ofertach. Są w Polsce rzemieślnicy, którzy nawet stal damasceńską są w stanie wytworzyć. Ulhówek, dożynki, wrzesień. Tłum ludzi.

Wata cukrowa, piwo, kiełbaski. Nad sceną wielki napis: „Witajcie w Gotanii”. Drużyna czeka w gotowości na murawie odgrodzonej sznurem. Wszyscy przebrani, w kociołku bulgocze pęczak. Obok rozłożył się obozem XIIII Legion Rzymski z Lublina. Pan Czesiu korzysta z okazji, żeby podchodzących podszkolić historycznie („Panie, no jak Goci mogli mówić po polsku, jak Polski jeszcze w ogóle nie było!”). Po mszy, przemówieniach władz, występach muzycznych, turnieju piłkarzyków barbarzyńcy ścierają się z legionistami. Wielki róg zagrzewa Gotów do boju. Szczękają miecze. – Nie daj się! Dorwij go! – wrzeszczą widzowie. A podchmieleni faceci zachęcają legionistów, którzy potykają się z gockimi wojowniczkami: – A przewróć ją, przewróć! Ale one się tym nie przejmują... &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JOLANTA KORAL

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Jestem Gotem!