Spółka Emar z Białegostoku
Nowe książki w ulicznej budce typu szczęki — to początki. Dziś Emar jest największą hurtownią edukacyjną w północno- -wschodniej Polsce.
Pasję czytelnictwa i zainteresowanie książkami Marek Rutkowski — właściciel firmy —wyniósł z rodzinnego domu.
— Domowa biblioteka liczyła około 5-6 tys. wolumenów, zatem jak na czasy komunistyczne była dość duża. Ojciec dużo czytał i ja też polubiłem książki. Oczywiście, przeczytałem wszystkich autorów sensacji, ale bardziej interesowały mnie książki o podłożu naukowym. Jednak czasy były takie, że aby przeczytać coś dobrego, trzeba było wycinać fragmenty z gazet, np. "Sztandaru Młodych" — i w ten sposób kolekcjonować książki. Tam ukazywały się pierwsze przedruki zachodnich dzieł. Kompletowanie książek w ten sposób było jednak bardzo uciążliwe —wspomina Marek Rutkowski.
Transformacja ustrojowa w 1989 r. przyniosła ogromne zmiany w tej dziedzinie.
— Gdy runęła żelazna kurtyna i zaczęto wydawać wszystko to, co w socjalistycznej Polsce było zakazane, byliśmy wraz z ojcem pierwszymi klientami. Najczęściej kupowaliśmy literaturę na straganach, gdzie wtedy się ją sprzedawało — opowiada Marek Rutkowski.
W księgarstwie nastąpiła rewolucja. Przedtem rynek tworzyły przede wszystkim Domy Książki, niewydolne przedsiębiorstwa państwowe, które zaczęły padać. A że biznes nie uznaje próżni, zatem szybko zaczęły wyrastać małe prywatne firmy, które wypełniały tą lukę.
— Taką małą firmę księgarską założył też jeden z moich kolegów, Krzysztof Kamiński. I zapytał, czy nie chciałbym go wspomóc w tym biznesie. Miałem wtedy inną pracę — zajmowałem się brokerką i ubezpieczałem samochody — ale się zgodziłem. Przy nienormowanym czasie pracy oba zajęcia dało się pogodzić — mówi białostocki przedsiębiorca.
Firma miała w Białymstoku siedem straganów — popularnych szczęk. Marek Rutkowski zajmował się dostawami. Objeżdżał swoim maluchem pół Polski. Wspomina, że już wtedy polski rynek nadążał z nowościami, które wychodziły na Zachodzie. Świetnie się sprzedawały wszelkie sensacje, horrory, romanse.
Firma potrzebuje miejsca
Po dwóch latach łączenia posad i po szybkiej kalkulacji, co się bardziej opłaca, Rutkowski wybrał księgarstwo. Ale niebawem się okazało, że mają ze wspólnikiem inne koncepcje działalności. Rutkowski chciał inwestować, wspólnik się przed tym wzbraniał. Rutkowski postawił więc na samodzielny biznes.
Zaczął od detalu. Kiedy już miał kilka punktów sprzedaży (w większości były to szczęki), zaczęło mu brakować miejsca do rozdzielania książek. Wydzierżawił więc pomieszczenie o powierzchni 70 mkw. i tak zaczęła się jego przygoda z hurtem. Z czasem firma potrzebowała coraz więcej miejsca. Następna siedziba miała 210 mkw., kolejna — 700. Dziś zajmuje już 2,5 tys. mkw.
— Na parterze jest sprzedaż hurtowa. Wynajmuję też powierzchnię lokalnym firmom wydawniczym, którym pomagam w dystrybucji. Dzięki temu mam ułatwioną logistykę — wyjaśnia Marek Rutkowski.
Poza sezonem
Emar musi sobie radzić z właściwą dla branży księgarskiej sezonowością. Największy zysk wypracowuje przez cztery miesiące — od początku czerwca do końca września. Wtedy jest popyt na podręczniki szkolne. Aby złagodzić sezonowość sprzedaży, firma wzbogaciła asortyment o artykuły biurowe, szkolne i zabawki.
— Ale to podręczniki zawsze będą dla nas podstawą. Najlepiej się sprzedają i jesteśmy w nich wyspecjalizowani. Teraz coraz bardziej stawiamy na e-sprzedaż. Niebawem handel internetowy będzie stanowił duży procent naszego handlu —zapowiada Marek Rutkowski.
Najlepszy rok w historii firmy?
— Właściwie prawie każdy jest lepszy od poprzedniego, ale wyjątkowy był 2003, kiedy nastąpiła reforma oświaty i zmieniono wszystkie podręczniki. Dla nas oznaczało to 100 procent sprzedaży. Ale pod względem ekonomicznym najlepszy był rok 2007, w którym nasz zysk wzrósł o 100 procent — mówi Marek Rutkowski.
Jednak o popycie sprzed lat można już tylko pomarzyć.
— Wtedy najlepsze tytuły schodziły w takich ilościach, że nawet detalista sprzedawał dwa tysiące egzemplarzy. Tak było choćby z "Tożsamością Bourne’a". Romanse sprzedawało się po sześćset, siedemset egzemplarzy. Teraz w dwóch tysiącach można sprzedać tylko podręczniki — i to w hurcie, a nie w detalu. Jeśli wychodzi nowość popularnego autora, np. Paulo Coelho, to dobra księgarnia może sprzedać np. sto egzemplarzy. Są, oczywiście książki w rodzaju "Harry’ego Pottera", ale to ewenement na rynku — zwraca uwagę Marek Rutkowski.
W najlepszym okresie jego firma miała dziesięć księgarń. Dziś poza siedzibą w Białymstoku ma punkty w Ełku, Suwałkach i Grajewie.
— Wobec spadku sprzedaży księgarze muszą się przekwalifikowywać i specjalizować. My postawiliśmy na podręczniki i jeśli nie spadnie grom z jasnego nieba, to ich sprzedaż na pewno będzie się miała dobrze. Uczniowie muszą je mieć co roku. Ale patrząc na innych, jestem pełen obaw. Zamyka się księgarnie z fachową obsługą. Klient idzie do hipermarketu do działu książek i chce fachowej porady, ale czy ją uzyska od pani jeżdżącej na wrotkach? Czy dowie się od niej, co ciekawego wyszło? Trudno o pozytywną odpowiedź — narzeka Marek Rutkowski.
Ale nie ma obaw co do przyszłości czytelnictwa.
— Wprawdzie zamiast książek częściej czyta się SMS-y, e-maile, teksty na portalach internetowych, ale po niedawnym kryzysie czytelnictwo wraca do łask. Jest tym, co nobilituje. Pojawia się nowy wizerunek modnego człowieka: świadomego, wykształconego, który zagląda do książek. Na pewno więc nie zginą. Bo co innego tak dobrze rozwija wyobraźnię naszą i naszych dzieci? — pyta Marek Rutkowski.
Wspólne zakupy
Wraz z innymi księgarzami i hurtownikami białostocki Emar założył ogólnopolską platformę dystrybucyjną Wikr Konsorcjum.
Razem mniejsze firmy stały się bardziej konkurencyjne wobec rynkowego potentata — Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Mają w ofercie książki wszystkich wydawców z Polski.
— Chcemy wspólnie kupować. W tym roku grupa oddaje do użytku duży, nowoczesny magazyn w Ożarowie. Pozwoli nam podjąć obsługę większych wydawnictw edukacyjnych. W regionie chcemy stworzyć firmy córki, w których udziałowcami będą ludzie zainteresowani dystrybucją. Planujemy pokryć swoją siecią wszystkie białe plamy w regionie, bo jesteśmy już dużym graczem i możemy sobie na to pozwolić — zdradza Marek Rutkowski, prezes Emaru.
Sylwester Sacharczuk