Kadencja jest wartością, nie świętością

Andrzej Nierychło
14-02-2006, 00:00

Wczoraj o piętnastej z minutami nagle przestało być miło i zrobiło się bardzo nerwowo. Na porządku dziennym stanęły rozwiązanie Sejmu i przedterminowe wybory. A przecież po ostatnich wydarzeniach — zawiązaniu paktu stabilizacyjnego, obniżeniu temperatury konfliktu parlamentarnego, rozsnuciu pierwszych planów pani premier Gilowskiej, bardzo jeszcze nieśmiałych, ale jednak wybiegających w przyszłość dalej niż tydzień-dwa — można było sądzić, że sam straszak wcześniejszych wyborów już zadziałał, że ta strzelba nie wypali w następnym akcie.

Wygląda na to, że zadecydowano inaczej. Kto zadecydował? Formalnie prezydent, chociaż wolno się domyślać, że decyzja zapadła w jakimś bardzo wąskim gronie, przynajmniej — dwuosobowym. I trzeba od razu powiedzieć, że prezydent miał prawo taką decyzję podjąć. Pełna kadencja parlamentu i rządu jest wartością, ale nie świętością. Ale czy prezydent naprawdę musiał? Nie ma co gdybać. Jeżeli w wyniku wcześniejszych wyborów wyłoniony zostałby rząd oparty na mocniejszych podstawach i mający lepszą egzekutywę, to krok prezydenta Kaczyńskiego oceniony zostanie jako wzmacniający demokrację w Polsce. Jeżeli jednak wybrany zostanie Sejm jeszcze bardziej poszatkowany i rozchwiany, prezydent obciążony zostanie odpowiedzialnością za zagrożenie demokracji i wolności.

Z tej ceny i z tych zagrożeń Lech Kaczyński z całą pewnością zdawał sobie sprawę. Zaryzykował i albo wygra, albo przegra. Gorzej, że wraz z nim ryzykuje prawie 40 milionów obywateli. Tak w każdym razie mają się sprawy w poniedziałek około godziny 18, gdy musimy zamknąć to wydanie gazety.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kadencja jest wartością, nie świętością