Przed 15 października 2023 r. kampania realnie trwała ze dwa lata, tymczasem przed głosowaniem samorządowym 7 kwietnia 2024 r. zainteresowanie wzbierze gwałtownie dopiero w ostatnim tygodniu. We wcześniejszych społeczeństwo będzie żyło raczej Wielkanocą, wypadającą 31 marca i 1 kwietnia. Na razie głównym medialnym wątkiem wyborczym stał się wysyp kandydatów na prezydentów wielkich miast.
W poniedziałek,12 lutego, upłynął ważny termin o znaczeniu strategicznym. Do Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) lub do właściwych terytorialnie komisarzy wyborczych (funkcjonuje ich 100, tyle samo jest okręgów senackich) wpłynęły zawiadomienia o utworzeniu komitetów, które zamierzają wystawić kandydatów. To zróżnicowanie kompetencyjne organów wynika z konstrukcji prawa wyborczego. Partie polityczne – w tej akurat sprawie działające od lat w stuprocentowej zgodzie – zagwarantowały sobie w kodeksie wyborczym wciskanie się na siłę pod samorządowe strzechy. Komitety, które zarejestrują listy kandydatów do co najmniej połowy sejmików wojewódzkich, otrzymają od PKW ogólnopolski, jednolity niski numer na wszystkich poziomach wyborów we wszystkich jednostkach. Oznacza to, że nawet w najmniejszej gminie kandydat PiS czy KO/PO będzie na kartce wyborczej w okręgu jednomandatowym (takie obowiązują w większości gmin, liczących do 20 tys. mieszkańców) z przodu. Kodeks narzucił hierarchię od góry, w drugiej kolejności jednolite numery do samego dołu otrzymują komitety rangi wojewódzkiej, potem powiatowej, gminno/miejskiej i dopiero na szarym końcu ustawiani są na kartkach kandydaci indywidualni. Od samego początku, po odrodzeniu się w 1990 r. samorządu jedynie na poziomie gmin/miast, startowały w wyborach drużyny, ale do końca XX wieku wiele mandatów w radach zdobywali kandydaci indywidualni. Radykalnie zmieniło się to w XXI wieku po wprowadzeniu w 2002 r. bezpośrednich wyborów wójtów/burmistrzów/prezydentów. Kandydaci na włodarzy gmin/miast w ogóle nie zbierają podpisów poparcia od wyborców, warunkiem ich zarejestrowania jest wcześniejsze zarejestrowanie przez dany komitet drużyny kandydatów na radnych. Przy takiej konstrukcji ustrojowej jednoosobowy organ wykonawczy, który i tak jest bardzo umocowany ustawowo, staje się wręcz jedynowładcą gminy/miasta, zaś kolegialna rada przekształca się z organu niby stanowiącego w podnóżek faktycznego pana.
W mniejszych gminach/miastach nasila się w tych wyborach zjawisko znane, ale obecnie masowe. Zwłaszcza ubiegający się o reelekcje wójtowie/burmistrzowie uciekają spod dotychczasowych szyldów partyjnych i rejestrują komitety zakamuflowane. Nierzadko do nazwy wstawiają wprost… własne nazwisko. Właśnie takie zjawisko zaszło w moim macierzystym mieście podwarszawskim. Dotychczasowy burmistrz jest wręcz apostołem PiS, w ostatnich latach rozbuchał do ekstremalnych rozmiarów stopienie się działań samorządowych z centralną ekipą tzw. dobrej zmiany. Obiektywnie trzeba przyznać, że przynosiło to bardzo konkretne korzyści finansowe. Jednak po szoku z 15 października 2023 r. postanowił ujść spod szyldu PiS i zarejestrował komitet spersonifikowany, czyli na pierwszy rzut oka neutralny. Podobnego olśnienia doznała cała dotychczasowa partyjna drużyna jego wsparcia w radzie, oczywiście ubiegająca się o reelekcje. Podaję ten przykład koszuli najbliższej mojemu ciału na dowód, że kwestia partyjnego zwycięstwa/porażki w wyborach samorządowych będzie możliwa do oceny tylko i wyłącznie na poziomie sejmików województw oraz częściowo rad powiatów. W gminach/miastach do 20 tys. mieszkańców to abstrakcja.

