Dalsze rozszerzenie strefy euro mogą utrudnić złe doświadczenia z niektórymi jej członkami.
Część państw Eurolandu wypełniła kryteria konwergencji przy pomocy doraźnych działań, a nie głębokich reform strukturalnych. Przed akcesją zdecydowały się na ogromne wyrzeczenia. Obcinały wydatki publiczne i za pomocą wysokich podatków utrzymywały niski poziom płac. A co za tym idzie, dusiły konsumpcję, aby po wstrzymać inflację. Gdy tylko osiągnęły wymarzony cel, puściły wszystkie hamulce.
Z tego powodu prężne gospodarki strefy euro, a zwłaszcza Komisja Europejska (KE), mogą teraz bardziej restrykcyjnie oceniać trwałość wypełnienia przez kraje Europy Środkowej, w tym Polskę, wszystkich wymów członkostwa. Na przykład będą zwracać większą uwagę na deficyt strukturalny czy MTO’s jako wyznacznik kondycji finansów publicznych.
Trudno się dziwić tej wzmożonej ostrożności i czujności. Przyjęcie wspólnej waluty miało być przecież potwierdzeniem, że gospodarki europejskie upodobniają się do siebie. Tymczasem w obszarze wspólnego pieniądza widzimy "prymusów", ale także "maruderów", którzy zaniżają wskaźniki ekonomiczne.
Według prognoz KE gospodarka Unii Europejskiej skurczy sięw tym roku o 4 proc. Wszystko wskazuje więc na to, że tempo rozszerzenia strefy euro będzie zależeć też od tego, jak ona sama poradzi sobie z recesją.