Kandydatów ci u nas dostatek

opublikowano: 18-02-2015, 00:00

Prezydent 2015

Do niniejszego komentarza zainspirował mnie profesor Tadeusz Marczak, najnowszy kandydat na kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Ten klasyczny przedstawiciel kandydackiego planktonu reprezentuje Jedność Narodu. Jeśli dotychczas o takiej kanapie nikt, poza jej najbliższym otoczeniem, nie słyszał, to dzięki wyborom prezydenckim wreszcie ma okazję.

Na tym polega obywatelska wartość dodana bezpośrednich wyborów głowy państwa. Od ćwierć wieku przepisy wręcz zachęcają do startu osoby o najróżniejszych motywacjach, realizujących nie tylko oczywiste cele polityczne swoich partii czy partyjek, lecz także potrzeby towarzyskie, biznesowe, narcystyczne, odreagowujące kompleksy etc. Liczba kandydatów rejestrowanych co pięć lat przez Państwową Komisję Wyborczą ustabilizowała się w przedziale od 10 do 13, ale drugie tyle chętnych nie przeskakuje bariery 100 tys. podpisów poparcia. Próg ten służy wstępnej selekcji, gdyby został obniżony — to bezpłatny czas telewizyjny trzeba byłoby dzielić między stu lub więcej kandydatów.

Nie wiemy jeszcze, jak będzie wyglądała końcowa lista kandydatów umieszczona na kartach do głosowania 10 maja. Radzę jednak z góry się nią nie denerwować, albowiem średnia nie będzie jakościowo gorsza niż np. prezentowała się piętnaście czy dwadzieścia lat temu. Przypominam z poprzednich wyborów prezydenckich liczbę kandydatów oraz dla przykładu kilku niesłusznie zapomnianych przedstawicieli planktonu, w tym jako ciekawostkę — obie dotychczas startujące (parytet zdecydowanie zachwiany) panie:

1990 — kandydatów 6, m.in. Stanisław Tymiński (to akurat nie plankton), Roman Bartoszcze

1995 — kandydatów 13, m.in. Leszek Bubel, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Tadeusz Koźluk

2000 — kandydatów 12, m.in. Piotr Ikonowicz, Bogdan Pawłowski

2005 — kandydatów 12, m.in. Henryka Bochniarz, Liwiusz Ilasz, Jan Pyszko

2010 — kandydatów 10, m.in. Kornel Morawiecki, Bogusław Ziętek

Dzieje III Rzeczypospolitej potwierdzają, że w samym zarejestrowaniu się na kandydata niespecjalnie przeszkadza brak funduszy. Zupełnie inną kwestią są rosnące co pięć lat w postępie niemal geometrycznym koszty kampanii, które dźwigają tylko największe partie otrzymujące dotacje budżetowe. Do 10 maja jednak wszyscy zarejestrowani kandydaci staną się formalnie równi i w majestacie wyborczego prawa będą mogli używać tytułu „Przyszły prezydent Rzeczypospolitej Polskiej”.

Niektórzy mówią o sobie tak już teraz, co ma oczywiście posmak kabaretowy. Notabene dwadzieścia lat temu zachęcony przez własną kabaretową publiczność Jan Pietrzak zebrał wymagane podpisy, zarejestrował się i urządził reality show. Wszystko było fajne do chwili, gdy nagle całkiem zmienił zasady kandydowania i zaczął… na poważnie pomstować na sondaże. W obecnej kampanii również pojawiają się już elementy kabaretowe.

Trudno inaczej oceniać występy kandydatki zasilanej partyjną bateryjką, odtwarzającej tekst autorstwa schowanych za jej zwiewną sylwetką weteranów jeszcze z epoki PRL. Słuchać tego nie uchodzi, ale z autentyczną przyjemnością można przynajmniej popatrzeć.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy