Wiadomość o wygaszeniu strajku pocztowców była jedną z najbardziej oczekiwanych w ostatnich dniach przez całe społeczeństwo — w tym nawet przez prywatne podmioty konkurujące z państwowym molochem, bo one także wolą normalność w branży. W sortowniach utknęły miliony przesyłek i nikt nie ma pojęcia, ile czasu będzie trwało rozładowanie tej góry, przy której zwyczajowe spiętrzenia świąteczne to kaszka z mleczkiem.
Pal sześć interesy takiego odbiorcy, jak chociażby nasza redakcja, którą lada dzień zasypią przeterminowane zaproszenia na konferencje i imprezy. Ich nadawcy już dawno się zorientowali i wszystko zdublowali drogą elektroniczną, a wielu chyba na zawsze odejdzie od wersji papierowych. Gorzej z obrotem gospodarczym, ot, na przykład z zakupami w sklepach i na aukcjach internetowych, gdzie transakcje dokonane, pieniążki elektronicznie zapłacone, a towar w lesie — znaczy w przepełnionych sortowniach.
Ale najbardziej dotkliwym następstwem strajku było całkowite sparaliżowanie korespondencji sądowej, skarbowej i innej urzędowej, w której prawo wymaga dla ważności pism oraz uznania terminów nadania przesyłki poleconej w placówce Poczty Polskiej. Osobiście ten właśnie wątek uważam za najtrudniejszy do rozwiązania przy liberalizacji rynku pocztowego w Polsce, która ma nastąpić już w przyszłym roku. Rzecz jasna, wszystko da się prawnie uregulować, ale w tym wypadku gorsza może okazać się praktyka.
Truizmem jest refleksja, że Poczta Polska nigdy nie wyjdzie na prostą bez restrukturyzacji, czyli zlikwidowania przerostów zatrudnienia. Proporcja między liczbą listonoszy a administracyjną czapą dyskwalifikuje państwową firmę jako uczestnika gry rynkowej po liberalizacji. Niestety, liczba pocztowych związków zawodowych — czytaj: ich etatowych działaczy — z góry wyklucza racjonalne posunięcia kadrowe i płacowe. Wypada zatem postawić tezę, że wygaszenie strajku było tylko zaklajstrowaniem dziury w zębie bez jej oczyszczenia.
Jacek Zalewski