Kapitał zjada własne dzieci

Paweł Zielewski
opublikowano: 2003-01-29 00:00

Emocje, kto zostanie następcą Stanisława Pacuka na stanowisku w Kredyt Banku (KB), jeszcze przed nami. Jaki kierunek zostanie wyznaczony samemu bankowi — też zobaczymy. Ale przypadek dymisji prezesa KB wart jest spojrzenia z innej strony.

Poszło o różnice: o miejsce Kredyt Banku w polskim systemie bankowym, o charakter instytucji, o sposób jej zarządzania. Po jednej stronie stanął prezes — jak się okazało — nagle samotny, pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia. Po drugiej — potężny akcjonariusz: belgijski KBC. Można powiedzieć — ot, typowy konflikt interesów, zawsze skutkujący odejściem słabszego. Takie uproszczenie jest jednak wyjątkowo nie na miejscu.

Sprowadzenie KBC do Kredyt Banku było jednym z największych sukcesów Stanisława Pacuka. To był impuls, by z trzecioligowej instytucji finansowej uczynić KB jednym z najbardziej znaczących graczy na rodzimym rynku usług bankowych. KBC wszedł do KB wnosząc nie tylko pieniądze i nowoczesne pojmowanie bankowości, ale też konkretne oczekiwania: zbudowanie silnej grupy bankowo-ubezpieczeniowej, stworzenie instytucji, z której zdaniem muszą liczyć się najsilniejsi, oraz osiąganie realnych zysków.

Coś po drodze pękło, komuś — możliwe, że samemu prezesowi — zabrakło wyobraźni, a przede wszystkim świadomości, że nie ma ludzi niezastąpionych, a jakiekolwiek wiązanie się z jakimkolwiek partnerem to nie tylko wspólne prawa, ale też poważny obowiązek. Ostatecznie wyszło na to, że Stanisława Pacuka zjadł jego własny pomysł na Kredyt Bank, czyli silny inwestor.

A mogło być inaczej, bo już wcale nie tak dawny przykład nieoczekiwanej wymiany zarządu Banku Śląskiego (dziś ING Banku) był poważnym ostrzeżeniem. W świat popłynęło wyraźne przesłanie: panowie i panie, więcej pokory. To naprawdę się przyda. W końcu prezesów polskich banków, którzy dumnie sprowadzali do siebie zagranicznych inwestorów, można już liczyć na palcach. Jednej ręki.