Pośród zgiełku i krzyku, kłótni i oskarżeń Sejmowi udało się przyjąć nowelizację ustawy medialnej. Nie wiadomo tylko, po co. Forsowana przez Platformę Obywatelską nowelizacja jest po prostu kiepska. Jej kształt wydaje się wynikać z wiary, że herbata stanie słodka od samego tylko mieszania. Stąd gusła nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, której odebrano cześć kompetencji, przekazując je (skądinąd pół kroku we właściwym kierunku) Urzędowi Komunikacji Elektronicznej, nie zdecydowano się jednak na likwidację tego ciała. Główny cel nowelizacji — możliwość zmiany władz TVP i Polskiego Radia — został osiągnięty. I można by to nawet uznać za plus ustawy, gdyby nie to, że to chwilowy sukces. Weto prezydenta jest nieuniknione, a zebranie w Sejmie wystarczającej liczby głosów do jego odrzucenia staje się coraz bardziej wątpliwe.
Politycy zmarnowali kolejną szansę na rzeczową debatę o tym, czym mają być media publiczne. Apokaliptyczne wizje posłów PiS, że obecna nowela jest gwoździem do trumny publicznych mediów w Polsce, można włożyć między bajki, bo mediów publicznych w Polsce nie ma. Są skrajnie upolitycznione i równie skrajnie skomercjalizowane media państwowe. Zawsze były politycznym trofeum i każda kolejna ekipa rządowa rozpoczynała urzędowanie od przejęcia kontroli nad gmachem na Woronicza, skądinąd jedynie chyba po to, by przegrać następne wybory. Są na świecie telewizje publiczne — jak amerykańska PBS — gdzie nie uświadczysz polityków, Ba, ta telewizja nie ma ani reklam, ani wpływów z abonamentu. Finansowana jest przez władze stanowe. I ani jej się śni ścigać się na oglądalność z Foksem lub NBC. Po prostu nie musi.
Nowelizacja ustawy medialnej odłożyła na później rozstrzygnięcie fundamentalnych kwestii — sposobu finansowania publicznych mediów (w kontekście zapowiedzi o zniesieniu abonamentu), a także kryteriów ich oceny. Co ma świadczyć o tym, że media są publiczne? Oglądalność? Wynik finansowy? Tych kwestii nowelizacja nie rozstrzyga, a więc w istocie nie rozwiązuje problemu. Zmiany nie odpolitycznią radia i telewizji i nie powstrzymają ich od walki o reklamy. Przez wiele tygodni posłowie prowadzili zażarte spory, rozdzierali szaty nad trupem publicznych mediów, spędzali długie godziny na jałowych dyskusjach, po to, by tak naprawdę wszystko zostało po staremu. A przy okazji i prezydent będzie miał szansę na jedną z niewielu w kadencji chwil triumfu. Sejm pracował ciężko i odwalił kawał roboty. Zupełnie nikomu niepotrzebnej.
Adam Sofuł