PGNiG wstrzymał oddech obserwując eskalację konfliktu. Jeśli prawosławne święta nie ostudzą emocji, będzie źle.
Spór rosyjsko-ukraiński o ceny gazu dla Ukrainy stanął na ostrzu noża. Strony brną w kierunku, który może oznaczać wstrzymanie dostaw gazu do krajów Unii, w tym Polski. Wczoraj sąd gospodarczy Kijowa zakazał ukraińskiemu Naftohazowi tranzytu gazu po ubiegłorocznych stawkach wynoszących 1,6 USD za 1000 m sześc. na 100 kilometrów. Taki wyrok zapadł w odpowiedzi na żądanie Gazpromu. Rosjanie chcą, by Ukraina zaakceptowała nową cenę gazu, która miałaby wynosić już 450 USD za 1000 m sześc. Rosjanie podbili stawkę, bo pierwotnie proponowali Ukrainie 250 USD za 1000 m sześc. Ta jednak propozycję odrzuciła.
Taka "wymiana ognia" na linii Moska — Kijów postawiła wczoraj zarząd Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (PGNiG) w pełną gotowość. Z kierunku ukraińskiego pochodzi 40 proc. importu gazu ze wschodu.
— Strony konfliktu zapewniają nas, że nie ma groźby zmniejszenia dostaw do Polski. Wymieniamy się informacjami, dotyczącymi dziennego zapotrzebowania. W poniedziałek było ono większe, bo ruszył przemysł — mówi Mirosław Dobrut, wiceprezes PGNiG.
Po południu premier Putin polecił jeszcze bardziej ograniczyć dostawy gazu przez Ukrainę. Nasze firmy zaczynają się więc niepokoić.
— Próbujemy uzyskać jakieś informacje o konsekwencjach wydarzeń. W tej chwili odbieramy gaz bez ograniczeń — mówi Krzysztof Kamiński, członek zarządu Anwilu.
— Na razie nie przewidujemy ograniczeń w dostawach gazu, ale wszystko zależy od pogody i od tego, czy faktycznie dojdzie do zmniejszenia dostaw gazu przez Ukrainę — mówi Mirosław Dobrut.
Jego zdaniem, to, jaki obrót przybierze konflikt, okaże się dopiero po prawosławnych świętach Bożego Narodzenia i Nowego Roku, które przypadają w tym tygodniu.
Eksperci mają nadzieję, że do istotnego ograniczenia dostaw gazu do Polski nie dojdzie, ale przyznają, że sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca.
— Nie znając uzasadnienia wyroku sądu Kijowa trudno mi oceniać, jak zachowa się Naftohaz. Scenariuszy jest kilka. Naftohaz może na przykład ograniczyć wielkość tranzytu proporcjonalnie do kwoty, jaką będą płacić za niego Rosjanie. Nie wiemy też, czy nakaz sądu ma klauzulę natychmiastowej wykonalności — mówi Piotr Woźniak, były minister gospodarki.
Naftohaz poinformował, że zamierza złożyć pozew do sądu arbitrażowego w Sztokholmie w odpowiedzi na zapowiedź takiego posunięcia ze strony Gazpromu.
— Jeżeli Ukraińcy złożą taki pozew i będą kontynuować tranzyt na dotychczasowych zasadach, to stanie się on nieuzasadniony dla sądu — podkreśla Piotr Woźniak.