Klasa S po odkorkowaniu

Marcin Bołtryk
opublikowano: 30-03-2007, 00:00

Mimochodem poprzednie wcielenie klasy S bardzo się postarzało. Po siedmiu latach od początku produkcji i po niemal 485 tys. sprzedanych sztuk nadszedł najwyższy czas na nowe.

Kiedyś, oglądając z bliska poprzednią klasę S, głośno wyraziłem dezaprobatę. Poszło o wzornictwo niemieckiej limuzyny. Nie podejrzewam, że głosy krytyki dotarły aż do Stuttgartu, ale przyznać muszę, że nowa klasa S wygląda zachwycająco. Ale… Doskonale pamiętam chwilę, w której zwątpiłem w ten samochód: gdy po raz pierwszy obejrzałem zdjęcia nowego okrętu flagowego Mercedesa — klasy S. Przez łzy zawodu widziałem wtedy marne i nieciekawe połączenie Audi A8 z Maybachem. Do tego całość trąciła BMW serii 7... A gdzie zalotne kształty? Gdzie szyk? Subtelność? I dlaczego w miejscu, gdzie jeszcze niedawno królowały „damskie krągłości”, są teraz „męskie długaśności”? Mówiłem wcześniej: trzeba zmian. Ale nie takich!

Teraz z całą stanowczością mogę powiedzieć, że to auto po prostu brzydko wychodzi na zdjęciach. W rzeczywistości… Sprytnie poprowadzone przetłoczenia pojawiają się dopiero wtedy, gdy samochód jest w ruchu. Do oceny potrzeba dynamiki. Promienie słońca zaczynają wtedy tańczyć na fragmentach nadwozia, ukazując doskonałość całości. Z nową S-klasą jak z winem: inaczej smakuje tuż po odkorkowaniu, inaczej — godzinę później.

Godzinę później

Na tle starej nowa S-klasa jest bardziej wyrazista. Trapezowe reflektory... Teraz, widząc ich kształt w lusterku, kierowcy szybciej zjeżdżają z drogi. Reszta też wydaje się bardziej masywna i dynamiczna. Szerokie błotniki i przetłoczenie, łamiące płaszczyznę drzwi, optycznie samochód poszerzają i obniżają.

Luksusowa marka, luksusowe auto, luksusowe wyposażenie — czy warto opisywać dokładniej? W końcu z założenia powinno być świetnie. Warto. Bo „świetnie” niejedno ma imię.

Pojeździłem modelem S 350 L. Czyli wcale nie najszybszym, nie najmocniejszym i nie najlepiej wyposażonym. Słowem „normalnym”, ale i tak wartym, bagatela, blisko pół miliona złotych.

Tak eleganckiego, a zarazem stonowanego i pozbawionego krzykliwego przepychu samochodu w tej klasie nie było. To przeciwieństwo barokowego Maybacha. Nawet zapach tapicerki w S-ce jest tylko tłem, a nie pierwszym szczegółem, na jaki zwraca się uwagę po zajęciu miejsca. Najdrobniejsze detale wykonano w idealnej zgodzie z całą resztą. Choćby przyciski — wzbogacone o poprzeczne cięcia, jak na tylnych lampach. Ważne, że forma nie przerosła treści. Pokrętła, przyciski — wszystko tam, gdzie trzeba. Drążek do zmiany biegów automatycznej skrzyni powędrował na kolumnę kierownicy, zostawiając cały podłokietnik na panel sterowania systemem Command. Majstersztykiem elegancji i ergonomii stało się usytuowanie klawiatury telefonicznej w podpórce na nadgarstek. Wystarczy unieść niewielką klapkę i wstukać numer. Wszystko bez gwałtownych ruchów czy pochylania się. Właśnie takie detale dodają S-klasie klasy.

Nazajutrz

Onieśmielające wrażenie minęło. Tym razem bez trzęsących się kolan mogłem rozpocząć poznawanie innych niż estetyczne walorów S klasy. I zaskoczenie. Po kilku godzinach podróżowania tym autem — na autostradzie („katowickiej”) i po krętych dróżkach Mazowsza — dochodzę do wniosku, że najistotniejszy element w tym aucie to prędkościomierz. Niedoszacowanie aktualnej prędkości przy wejściu w wiraż jest w kabinie absolutnie nieodczuwalne, zwłaszcza że fotele doskonale równoważą siłę odśrodkową. Nadwozie niemal się nie przechyla, nie słychać pisku opon, a że jest za szybko, uświadamia mi dopiero błyskawicznie zbliżająca się… barierka. W tym samochodzie człowiek czuje się trochę jak w symulatorze. Mimo dużych prędkości ma się niezwykłe poczucie bezpieczeństwa i złudę niezniszczalności. Wydaje się, że można puścić kierownice i nic się nie stanie... Tylko — w przeciwieństwie do wirtualnej jazdy: tu mam tylko jedno „życie”. Podobieństw do symulatora widać zresztą więcej. Po pierwsze, nie jestem w stanie powiedzieć, z jaką prędkością sunę. Przy delikatnym operowaniu gazem do środka dochodzi tylko nikły szum powietrza (wyciszenie S-klasy waży ponad 60 kg). Po drugie — i najważniejsze, auto naprawdę… samo jeździ. Niemożliwe? A jednak! To system Distronic Plus, czyli rozbudowany tempomat, zwalniający przed najbliższym pojazdem, ale i — gdy trzeba — pozwalający na pełne zatrzymanie samochodu. Wystarczy uruchomić tego „automatycznego pilota”, by S-klasa dosłownie śledziła poprzedzający pojazd. Ze względów bezpieczeństwa Distronic Plus sam nie ruszy auta, dlatego po całkowitym zatrzymaniu się, aby kontynuować jazdę, muszę lekko musnąć gaz. I wystarczy, by samochód rozpędził się do zadanej wcześniej prędkości, cały czas bacznie „obserwując” drogę w poszukiwaniu przeszkód.

Pusta lodówka

Testowy model (S350L) to przedłużona wersja — zatem komforrrtowo. Limuzyna przez duże… S. Zatem tylna kanapa staje się równie istotna, a może nawet ważniejsza niż przednie fotele. Jak na S-klasę przystało, kanapa jest regulowana, oczywiście elektrycznie (łącznie z zagłówkami), a także podgrzewana. Prawą i lewą częścią siedziska i oparcia można sterować niezależnie, tylko środkowa część pozostaje nieruchoma. Co prawda znajdziemy tu miejsce dla piątego pasażera, ale raczej rzadko będzie wykorzystywane, bo wąskie, niezbyt wygodne. Powód? W oparciu umieszczono lodówkę na cztery butelki.

O intymność na kanapie dbają rolety na tylnej szybie i drzwiach, wszystkie sterowane elektrycznie. Z tego wszystkiego zapomniałbym o przestronności wnętrza: formalnością będzie wspomnieć, że go nie brakuje. Równie wielki jest bagażnik S-klasy — 560.

Za radość z jazdy odpowiada w tym aucie 3,5-litrowy motor o mocy 272 KM. Za to, że jesteś dumny — fakt, że podróżujesz „pragnieniem milionów”. A szczypta niedosytu? Nie była to wersja naj, naj...

Ale i tak sześciocylindrowa, widlasta jednostka owocuje tak potężnym momentem obrotowym, że pozwala na bardzo dynamiczną i szybką jazdę. Do setki rozpędza się w 7,3 sekundy; prędkość maksymalną ograniczono elektronicznie do 250 km/h. O kulturze pracy silnika nie ma co pisać (oczywista), o precyzji 7-stopniowej skrzyni automatycznej 7G-TRONIC — też. I o tym, że biegi można zmieniać w trybie sekwencyjnym — ale komu by się chciało? O zużyciu paliwa też nie będziemy mówić, bo to nie na miejscu.

Pean

Znakomity. Tylko to słowo przychodzi mi na myśl. S klasa jest po części dżentlemenem, po części — wyczynowcem. Dwojaka natura łączy się w efektowną całość. Podobnie jak wzornictwo i jakość — nie pozostawia obojętnym. Albo tego Mercedesa pokochacie, albo znienawidzicie. Czarny lub biały. No i dobrze, bo życie — przeważnie — bywa szare. l

Mercedes klasy S: Liczy się pomysł

Nowa klasa S ma dosłownie wszystko. Trudno sobie wyobrazić więcej. Luksus, hiperjakość i ultranowoczesność. Wady? Są, a jakże. Ale tylko te wynikające z subiektywnego podejścia do marki i tego modelu. Obiektywnie — to auto doskonałe.

Narzekanie w mercedesie. Tylna kanapa przewidziana jest raczej dla dwóch pasażerów. „Środkowy” pasażer — jeśli już się pojawi — może narzekać na niewygodę. W zwykłym aucie czymś uwierającym jest zazwyczaj krzywe przeszycie tapicerki; w mercedesie przeszkadza... lodówka.

Kurza ślepota. Auto, które rozjaśnia ciemności. Korzystając z radaru i kamery z podczerwienią, oświetla miejsca, które nawet w promieniach reflektorów pozostają mroczne. Nie wolno jednak zapominać, że nadal najważniejszym „urządzeniem” jest to, które łączy pedał gazu z kierownicą. Mózg.

Flagowa limuzyna Mercedesa jest wielka, jak potrójny bigmac. Smakuje jednak o wiele wykwintniej. Ma też dużo bardziej wyszukane dodatki. To właśnie owe szczegóły decydują o wyborze tej, a nie innej marki.

Elegancja. Przeniesienie dźwigni zmiany biegów za kierownicę? Stary pomysł. Miały tak auta amerykańskie, ma tak BMW 7. Ale w S-klasie nabiera to specjalnego znaczenia. Kierowcy Mercedesa klasy S po prostu nie przystoją niezgrabne ruchy, jakie zwykle towarzyszą zmianie przełożenia.

Niby jajko. Majstersztyk. Motoryzacyjne jajko Faberge. Nieważne, jak dużo czasu zajęło projektantom wymyślenie tego kształtu i umieszczenie w nim klawiatury telefonu. Nieważne, jak wiele pochłonęło to energii i pieniędzy. Efekt — imponujący.

Jerzy Dziewulski,

były szef ochrony prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego

Osiłek po sterydach

Hmm! Ot, luksusowa wanna! Mercedes nigdy nie stał się dla mnie pojazdem, który robi wrażenie. No, może poza SLR-em… S-klasa była i jest synonimem zbędnego luksusu. Wygląda jak naładowany sterydami osiłek, w dodatku obwieszony gadżetami, które mają pokazać zawartość jego portfela. Silnik? 273 koniki przy dwóch tonach i 350 Nm ma dać 7,3 s do 100 km/h? To się tylko toczy — ale być może tak ma być. Ważne, aby było mnie w tym widać, a jak będę jechał szybko, to kto mnie zobaczy?

Krzysztof Trześniewski,

prezes Promexim-Invest, kolekcjoner mercedesów

Daleki od klasyki

Mercedes odrobił lekcję i znacznie poprawił jakość po tym, jak od paru lat obniżał pozycję w rankingach niezawodności ADAC. To widać w najnowszych modelach. Ja na pewno w daleką trasę z przyjemnością pojadę najnowszym modelem S klasy, ale na spektakl do Teatru Wielkiego podjadę swą starą S-klasą z 1991 roku. Bo to jest klasyczny mercedes.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu