Klesyk odkrywa kulisy road show

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2010-05-18 14:02

Co islandzki wulkan, afera hazardowa i aresztowanie Polańskiego mają wspólnego z ofertą - opowiada prezes PZU.

Oferta PZU była naj — nie tylko największa w historii polskiej giełdy, w sektorze ubezpieczeniowym od pięciu lat i w Europie od końca 2007 r., najpopularniejsza, bo przyciągnęła najwięcej inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w historii naszego rynku, ale też najtrudniejsza, bo przeprowadzana w najdziwniejszych okolicznościach. Szef PZU mówi o pechu, który ciążył nad ofertą przez wiele miesięcy — przełomowe wydarzenia były "przykrywane" w mediach przez inne wydarzenia. Nie zawsze biznesowe.

— Gdy na walnym zapadały ważne decyzje związane z ugodą, aresztowano pana Polańskiego i media zajęły się głównie tym. Z kolei kilka godzin po zawarciu ugody wybuchła afera hazardowa i znów nasz sukces zniknął z przekazu. Tuż przed zatwierdzeniem prospektu była katastrofa w Smoleńsku. A gdy zaczynaliśmy road show, zadymił wulkan z Islandii — mówi Andrzej Klesyk, prezes PZU.

Andrzej Klesyk, prezes PZU
Andrzej Klesyk, prezes PZU
None
None

Wulkan nastrojów

Los oferty w ostatniej chwili zawisł na włosku — tuż przed zatwierdzeniem prospektu rozbił się prezydencki samolot.

— To był najtrudniejszy moment IPO. Mieliśmy 36 godzin kompletnej niepewności, co będzie z rynkiem, jak zareaguje złoty, giełda. Jak to wpłynie na nastroje, czy ludzie będą w ogóle myśleć o inwestowaniu. Zastanawialiśmy się: odwołać ofertę czy kontynuować. Uznaliśmy, że choć wydarzyła się ogromna tragedia, to życie musi toczyć się dalej — mówi Andrzej Klesyk.

Mimo narodowej tragedii zarząd PZU ruszył w trasę, by namawiać zagraniczne instytucje do kupna akcji. A dokładniej — chciał ruszyć, bo wulkaniczny pył znad Islandii zamknął niebo nad Europą.

— Stało się to dokładnie w chwili, gdy mieliśmy lecieć na spotkania do Londynu. Mieliśmy wybór: podróż pociągiem z czterema przesiadkami, trwającą 18-19 godzin, kilkunastogodzinną jazdę samochodami lub małym samolotem poniżej chmury pyłu. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie i teraz już wiem, dlaczego na starych filmach piloci mają grube skórzane kurtki i czapki. W tych samolotach nie ma ogrzewania, a za oknem jest -10 stopni — wspomina prezes PZU.

Co to PZU i GWP

Niezrażony wulkanicznym pyłem zarząd PZU o 6 rano wsiadł do malutkiego samolotu. Wspólny lot wszystkich członków zarządu jednym samolotem może nie był najmądrzejszy z punktu widzenia zarządzania ryzykiem, ale po 6,5 godzinach lotu samolot dotknął płyty lotniska w Londynie. Niedługo potem pierwsze z zaplanowanych 555 spotkań z inwestorami.

— Na spotkaniach było więcej chętnych niż miejsc, na lunchach dostawiane były stoliki. Na początku spotkania mówiłem, że nie przychodzimy po kapitał, bo mamy go bardzo dużo. To, szczególnie w dzisiejszych czasach, wprawiało inwestorów w dobry nastrój — mówi Andrzej Klesyk.

Spotkania miały różny przebieg.

— Byli tacy, którzy nie wiedzieli, co to PZU. Jeden zapytał, co znaczy skrót GWP [składka przypisana brutto po angielsku — przyp. red.]. Myślałem, że nas testuje, ale jednak nie… Jeden z uczestników usilnie odnosił nas do banków, które świetnie zna, i nie dawał się przekonać, że ubezpieczenia to zupełnie inny biznes. Z innym przez 45 minut rozmawialiśmy o filozofii. Ale byli też tacy, którzy nie chcieli oglądać naszej prezentacji, lecz pokazali 30 stron swojej, w której dogłębnie przeanalizowali spółkę i rynek i nas ostro odpytywali — mówi szef PZU.

Nie wszystkie spotkania były miłe.

— Ktoś chciał nam udowodnić, że nic nie potrafimy. Po pół godzinie się zdenerwowałem i wypunktowałem ich braki. Gdy wychodzili, mówili, że na pewno nie kupią. Po kilku godzinach złożyli trzycyfrowy zapis w milionach dolarów. Inni mówili, że spółka fajna, ale za droga, a złożyli zapis na ponad 100 mln EUR — dodaje Andrzej Klesyk.

Trzech na czterech inwestorów, z którymi spotkał się zarząd, złożyło zlecenia.

Szefowie PZU bezpośrednio rozmawiali z instytucjami europejskimi i amerykańskimi, z azjatyckimi mieli telekonferencję. Po kilku spotkaniach już byli gotowi na standardowy zestaw pytań.

— Były pytania, które padały zawsze: co zrobimy z nadwyżką kapitału, jaki jest wpływ skarbu państwa na działalność firmy i jak wygląda system motywacyjny dla zarządu. Na szczęście był z nami członek rady nadzorczej i to on musiał tłumaczyć, dlaczego w spółce nie ma programu motywacyjnego. A było z czego — jeden z inwestorów wycenił jego brak na 40-procentowe dyskonto. Najwięcej kontrowersji wzbudziło to w USA — inwestorzy pytali: ile macie akcji? Zero. Ile dostaniecie? Zero. To po co to robicie? — mówi prezes PZU.

Grecka tragedia

Gdy nadszedł czas składania zapisów, PZU znów miało pod górę. Kłopoty greckiej gospodarki zaczęły chwiać europejskimi rynkami finansowymi.

— Kłopoty Grecji nas nie stresowały. 28 kwietnia zamknęliśmy zapisy inwestorów indywidualnych i dwa dni po ogłoszeniu ceny nie mogli się już wycofać. Gdyby wycofali się inwestorzy instytucjonalni, banki inwestycyjne musiałyby kupić przeznaczony dla nich pakiet akcji. Ale nie było takich przypadków. Wycofało się jedynie trzech indywidualnych — mówi Andrzej Klesyk.

Na akcje PZU zapisało się 250 tys. inwestorów indywidualnych, z czego 140 tys. to nowicjusze, którzy dla tej oferty założyli rachunek maklerski. Opłacało się na debiucie zarobili 11,2 proc. Wśród instytucji popyt był dziewięciokrotnie większy niż podaż akcji.

— Po alokacji wyłączyłem telefon, bo spodziewałem się, jakie będą reakcje po redukcji przy dziewięciokrotnej nadsubskrypcji. Potem dostałem kilka wiadomości, że gdyby tylko ktoś się rozmyślił, to oni chętnie... — mówi Andrzej Klesyk.