Czytasz dzięki

Knedle ze śniegu

Basia Starecka
opublikowano: 05-12-2019, 22:00

Na zimę czekam z dwóch powodów. Po pierwsze interesuje mnie śnieg. Świeży, skrzący, puszysty. Najlepiej, jeśli jest go dużo i leży na idealnie przygotowanych trasach narciarskich. Po drugie kręcą mnie knedle. Miękkie, gorące i rozleniwiające, bo praktycznie nie trzeba ich gryźć, by rozpuściły się w ustach.

Narty, a potem knedle — w tej kolejności lubię dozować sobie obie przyjemności. Nie należy jej zmieniać. Próbowałam kiedyś wpiąć narty po zjedzeniu knedli, ale człowiek nimi obciążony daleko nie zajedzie. Co najwyżej do kolejnego schroniska.

Królestwo zimy

Obie przyjemności kojarzą mi się z konkretnym miejscem. To lodowiec Stubai w Tyrolu, prawdziwe królestwo śniegu, w którym zima praktycznie się nie kończy. Trwa od września do czerwca z krótką i dyskretną przerwą na lato, z trudem wdzierające się między góry. Na lodowcu położonym powyżej trzech tysięcy metrów n.p.m. jest tak biało, że aż trzeba mrużyć oczy. Skrzy się wszystko — od powietrza przez okalający wszystko puch, nie wspominając o apetycie. Nic go tak nie zaostrza jak mróz i jazda na nartach, a do wyboru jest aż trzydzieści oznakowanych tras.

Moje ulubione to te czarne, doprawione adrenaliną, chociaż ciągnąca się spod szczytu Wildspitz na wysokości 3210 m n.p.m. aż do dolnej stacji Eisgrat malownicza i widokowa trasa Wilde Gruben także ma swoje walory i prawie tysiąc pięćset metrów przewyższenia. Po takim dystansie szybko należy nadrobić stracone kalorie. Ja wtedy sięgam po misę z gorącym i parującym prosto w nos klarownym rosołem i przysadzistym knedlem w środku, a na deser zamawiam germknödel. To knedel na słodko — miękka i obłocznie ciepła chmurka z ciasta drożdżowego ugotowanego na parze i wypełniona kwaskowatymi powidłami śliwkowymi. Z reguły zalewa się ją gorącym masłem lub równie ciepłym kremem waniliowym. Wierzch tego iście narciarskiego deseru bezwzględnie należy posypać makiem i cukrem. Całość smakuje i bobasom, i starcom. Jest niezwykle lekka i kojąca, w moim przypadku balsamuje zarówno ciało, jak i duszę.

Kuchnia bez noży

Knedle w Tyrolu to sprawa najwyższej wagi i produkt o sile mogącej w każdej chwili wywołać polityczny konflikt. To część tyrolskiej tożsamości, z której mieszkańcy regionu są bardzo dumni. Tożsamości ukształtowanej przez niebywale burzliwą historię kraju, który choć należy do Republiki Austrii, to ma swój regionalny parlament i niezależny rząd. Od zeszłego roku u władzy jest lewicowa koalicja Austriackiej Partii Ludowej i Partii Zielonych, co cieszy przy różnych nieciekawych nacjonalistycznych tendencjach w innych krajach Europy. Mieszkańcy dbają o swoje dziedzictwo — przy każdej ważniejszej okazji mężczyźni wkładają lederhosen (skórzane, bogato zdobione spodnie), a kobiety wciskają się w dirndl (charakterystyczny gorset z sukienką). Ciekawa jestem, jak bardzo trzeba luzować owe tradycyjne stroje podczas konkursów na najlepsze knedle, które co roku elektryzują cały Tyrol. Mobilizują się wtedy zarówno kucharze chcący zgarnąć tytuł mistrza knedli, jak i mieszkańcy podążający tropem konkursowych rekomendacji. Na pewno wiadomo jedno — knedle muszą być miękkie. Jeśli do ich pokrojenia potrzebny jest nóż, kucharz od razu może się pożegnać z karierą.

Knedle na wysokościach

Tyrolskie specjały to nie tylko domena swojskich karczm czy schronisk na stoku. W Schaufelspitz, najwyżej położonej restauracji w Alpach (3000 m n.p.m.), można zjeść potrawy przygotowywane na bazie lokalnych produktów, ale w nowoczesnym wydaniu. Poziom lokalizacji jest równie wysoki jak tutejszej kuchni, robiącej wrażenie na najbardziej wybrednych gurmandzistach. W tym roku francuski przewodnik Gault & Millau przyznał jej aż piętnaście punktów i odznaczenie dwóch czapek. Inspektorzy rozwodzili się w uzasadnieniu nie tylko nad potrawami, lecz także nad wystrojem tego wyjątkowego miejsca. Rzeczywiście robi wrażenie. Przestronna i nowoczesna kuchnia jest otwarta, można więc bez ceregieli podglądać kucharzy, wygrzewając się bezwstydnie przy kominku. Nie mniej przytulnie jest na tarasie restauracji z widokiem na ośnieżone szczyty gór. Przesłonięto go od wiatru szklanym parawanem, siedziska zaś wyłożono futrem baranów.

Szef kuchni David Kostner, nim dotarł w góry, gotował w gwiazdkowych restauracjach. Dziś to doświadczenie przekuwa w nową jakość tyrolskiego jedzenia. Wśród dań podawanych w ciekawej ceramice znalazły się również tradycyjne speckknödel, czyli knedle z chleba z dodatkiem wędzonego boczku. Przy całym wyrafinowaniu jego kuchni to wciąż prostota składników i ich smak pozostają tutaj najważniejsze.

Komnaty cudów

Rozochoconym światowym poziomem knedli polecam jeszcze jedno miejsce. Jest niedaleko narciarskich atrakcji, a jeszcze bliżej bajkowej zimy. To Kryształowe Światy Swarovskiego, niezwykłe muzeum i przylegający do niego park wielkości dziesięciu boisk do gry w piłkę. Muzeum zostało zaprojektowane przez multimedialnego artystę André Hellera z okazji stulecia firmy w 1995 r. Dwadzieścia lat później inwestycję rozbudowano o przylegający do niej park z kolejnymi dziełami sztuki współczesnej oraz pamiątkami rodziny Swarovskich. Dziś Swarovskiego odwiedza około czternastu milionów turystów rocznie. Sporo z nich przyjeżdża z bardzo daleka, bo z Indii. Dzieje się tak od czasu, kiedy kolekcja kryształów wystąpiła w jednym z kasowych przebojów Bollywoodu. Już sama droga do Swarovski Kristallwelten jest bajkowa.

Do Wattens (około 13 km od Insbrucka) można co prawda przyjechać samochodem, ale większą atrakcją będzie przejazd specjalnym kryształowym pociągiem, podczas którego podawany jest szampan w iskrzących się kryształami kieliszkach. Na miejscu wejście do muzeum prowadzi przez paszczę giganta — wielką głowę bajkowej postaci, która ponoć wzięła się z fantazji właściciela. Będąc dzieckiem, wyobrażał sobie mieszkańców austriackich zamków jako gigantów śpiących w dzień, a grasujących w nocy. W kryształowych bebechach giganta kryje się zaś kolekcja dzieł takich artystów, jak japońska rzeźbiarka Yayoi Kusama, holenderski projektant Tord Boontje czy brytyjski muzyk Brian Eno. Długą listę zaangażowanych zamykają Andy Warhol i Salvador Dali.

Kryształowa choinka

Kryształowe Światy Swarovskiego to również kolekcja najnowszych osiągnieć technicznych, na których piętno odciskają osobliwe zwyczaje naszych czasów. Między instalacjami z kryształów znajdują się bowiem wyznaczone przez pomysłodawców punkty idealne do zrobienia „selfie”. Nim sięgnięcie po telefon, zwróćcie jednak uwagę na dwie prace.

Pierwsza z nich to iskrząca się kryształami świąteczna choinka, będąca wspólnym dziełem dwóch projektantów — wspomnianego Torda Boontje i nieżyjącego już niezapomnianego projektanta mody Alexandra McQueena. Oryginalnie instalacja została zaprojektowana dla muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie. Składa się ze stu pięćdziesięciu tysięcy kryształów, a wokół niej roztacza się romantyczny i bajkowy świat natury typowy dla prac Holendra.

Druga spośród wielu prac, które przykuły moją uwagę, totalnie z nią kontrastuje. To czerwone, żarzące się słońce „El sol”, instalacja hiszpańskiego artysty Fernanda Romero złożona z niemal trzech tysięcy kryształów. W środku niej znajdują się diody LED, których światło przedziera się przez przycięte kryształy i sprawia wrażenie ciepła wydostającego się z kuli. Inspiracją do stworzenia tego dzieła miała być konstrukcja piramid budowanych przez Azteków i Majów, instalacja Hiszpana ma być poniekąd hołdem dla naszego dziedzictwa, ale też nowoczesnych technologii. Praca nad słońcem zajęła trzy miesiące, a jego produkcja wyjęła techników z życia na 350 godzin.

Chmury z ciasta

Obłoczną formę tyrolskich knedli przypominają nieco kryształowe chmury zawieszone w drodze do restauracji w parku Swarovskiego. Każda z nich składa się z sześciuset tysięcy ręcznie umocowanych kryształów. Chmury płyną majestatycznie nad stawem, w głąb którego prowadzi wąska ścieżka. Podążając nią, można dotrzeć na środek zbiornika, a reszta zwiedzających będzie miała wtedy wrażenie, że opanowaliśmy sztukę chodzenia po wodzie.

To nie koniec złudzeń optycznych. Kryształy zawieszone w chmurach odbijają się w tafli stawu i wyglądają jak gwiazdy migoczące na niebie. To wszystko można także podziwiać z okien monolitu, jakim jest szklany pawilon restauracji Daniels Cafe & Restaurant. Tutejsze menu jest sezonowe i zmienia się wraz z krajobrazem za oknem. Jedna potrawa jednak nigdy nie poddaje się modyfikacjom. To kräftige rindssuppe mit kaspress — wołowy bulion z pływającym w nim serowym knedlem. Tradycja, wobec której bledną najbardziej iskrzące się kryształy.

Basia Starecka

Podróżniczka, niezależna dziennikarka, jedna z najbardziej opiniotwórczych obserwatorek polskiej sceny kulinarnej. Jej teksty publikują m.in. „Wysokie Obcasy”, „Twój Styl”, Vogue.pl i „National Geographic Traveller”. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, przewodnicząca jury plebiscytów kulinarnych „Gazety Wyborczej”. Od 2011 r. prowadzi bloga Nakarmiona Starecka z recenzjami, przepisami i przewodnikami po świecie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Basia Starecka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu