Czwartek i piątek to spokojniejsza faza związkowych Ogólnopolskich Dni Protestu w stolicy. Dorobek debat merytorycznych prowadzonych u stóp Sejmu będzie niewielki, ponieważ trwa tam ping-pong na argumenty podnoszone już wielokrotnie, przy okazji przesuwania wieku emerytalnego czy ostatniej nowelizacji kodeksu pracy. Nieoczekiwanie jednak organizatorom protestów świta nadzieja na spełnienie najważniejszego celu, czyli wysadzenie rzadu Donalda Tuska. Ale światełko zapala się nie w miasteczku namiotowym przed Sejmem, lecz wewnątrz jego budynku — formalnie znowu stopniała rządowa koalicja.
Szef rządu na razie może jednak powtórzyć za Markiem Twainem, że pogłoski o jego (gabinetu) śmierci są zdecydowanie przesadzone. Topnienie klubów koalicyjnych absolutnie nie oznacza, że tyle samo głosów przybywa po stronie opozycyjnej. W naszym ustroju parlamentarno-gabinetowym pozycja prezesa Rady Ministrów jest konstytucyjnie niezwykle silna. Rozczłonkowana opozycja absolutnie nie jest w stanie wyłonić jego potencjalnego następcy i zatwierdzić go w trybie tzw. konstruktywnego wotum nieufności. Ba, nie zdobędzie się także na odwołanie pojedynczego ministra w procedurze zwykłego wotum nieufności.
Sygnałem, że rzeczywiście następuje paraliż rządu, byłaby porażka w którymś ze strategicznych głosowań ustawowych. Na przykład przy pakiecie zmieniającym system ubezpieczeń społecznych i przepływy pieniędzy do otwartych funduszy emerytalnych albo przyszłorocznym budżecie. Przy czym trzeba pamiętać, że PO ma w odwodzie opanowany Senat i może próbować tam gierek legislacyjnych po ewentualnej porażce w Sejmie. Oraz dysponuje jeszcze jedną potężną bronią — podpisem prezydenta, który w trudnych chwilach zawsze pamięta o partyjnych korzeniach…