Celem podpisanego w piątek aneksu do umowy koalicyjnej Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin jest podniesienie efektywności budownictwa IV Rzeczypospolitej. To kolejny dowód, że władza jednoczy i taktycznie zasypuje rowy nienawiści. Dzisiaj nietaktem byłoby przypominanie przysięgi Jarosława Kaczyńskiego ze Stoczni Gdańskiej, że już nigdy nie będzie układów z ludźmi o podejrzanej reputacji, a wręcz prowokacją — cytowanie słownego pojedynku partyjnych wodzów na warcholstwo i chamstwo.
Ze skromności koalicjanci ograniczą się w ordynacji wyborczej do obniżenia progu dla partii startujących w bloku do 3 procent. To zapis ratujący LPR, ale po co tak okrężnie — prostszy brzmiałby następująco: „Partiom koalicyjnym na wieki gwarantuje się mandaty w Sejmie”. A wszelkie problemy rozwiązałby przepis generalny: „Zasłużeni budowniczowie IV RP, czyli PiS, Samoobrona i LPR, mają zagwarantowane w Sejmie 67 proc. mandatów”. Taką nowelizację ordynacji dałoby się łatwo uchwalić, a prezydent od ręki by ją podpisał. Jedyny problem to beton Trybunału Konstytucyjnego…
Biznes oczekuje od władzy przede wszystkim przewidywalności. Z tego punktu widzenia aneks koalicyjny ma wielką wartość — przez najbliższe dwa lata będzie w Polsce tak jak jest. A gdzie rządząca ekipa wyląduje na końcu kadencji — to inna bajka. W historii III RP jeszcze żadnej nie udało się utrzymać po wyborach. Władcy IV RP usiłują przełamać ten cykl dosłownie za każdą cenę.