Przesuwanie przez marszałka Sejmu terminu zgłaszania kandydatów na premiera jest czynnością wręcz niehumanitarną. Przecież wszyscy zdają sobie sprawę, że zdolności kreacyjne parlamentu już się wyczerpały — i to nie tylko w kwestii rządu. Jedyną niewiadomą pozostaje horyzont czasowy agonii obecnego Sejmu i Senatu — potrwa ona jeszcze długie miesiące, czy też poduszka zostanie gwałtownie wyszarpnięta spod poselskich i senatorskich głów już w czerwcu.
Trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek premier wybrany w piątek rano zdołał uzgodnić skład rządu i przygotować exposé, uzyskując tego samego dnia wieczorem poparcie bezwzględnej większości posłów. Co prawda, Marek Belka skonstruował 2 maja swój gabinet formalnie w półtorej godziny — bo tyle upłynęło od desygnowania go na premiera do zaprzysiężenia Rady Ministrów — ale to oczywiście tylko proceduralny żart, jako że tworzenie rządu trwało tygodniami. Wypadałoby zapytać, czemuż to marszałek Józef Oleksy kończy przyjmowanie kandydatur w piątek już o godzinie 9, a nie na przykład o 20 — farsa trwałaby dłużej...
Najśmieszniejsza jest okoliczność, że w roli rozgrywających obsadziły się małe partyjki, żyjące ułudą, iż oto nadeszło ich pięć minut. Federacyjny Klub Parlamentarny — którego skrót FKP rozwijany jest przez innych posłów jako „fekalia” — już nas do wielkopańskich manier przyzwyczaił. Elementem nowym jest zaskakująca postawa Unii Pracy. Nakłanianie Sojuszu Lewicy Demokratycznej do ewentualnego wystawienia innego premiera — Jerzego Szmajdzińskiego, Wojciecha Olejniczaka czy kogoś innego — jest nielojalnością wicepremier Izabeli Jarugi-Nowackiej wobec Marka Belki. Przewodnicząca UP może sobie na to pozwolić całkowicie bezkarnie, albowiem bez jej 15 głosów premier nie ma nawet co marzyć o wotum zaufania. Fatalnie rokuje to jednak wewnątrzrządowej współpracy, nawet po ewentualnym sukcesie profesora Belki w trzeciej próbie.